Witam, Czytacze.
Wczoraj obejrzałam film. Pisząc to, zastanawiam się jakie określenia mogą do niego pasować, ale chyba takich nie znajdę.
Tytuł polski: "4.piętro", na podstawie dramatu Alberta Espinosy.
Jest to opowieść o życiu chłopców na czwartym piętrze jednego z hiszpańskich szpitali. Walczą z rakiem. Na śmierć i życie. Głównymi bohaterami są Izan, Miguel Angel, Dani. Pojawia się również Jorge, który czeka na wyrok. Przez chwilę chłopcom towarzyszy Ogórek, który niestety przegrywa swoją wojnę...
Cały film to chwila z życia wspomnianych bohaterów. Zarówno Miguel Angel, Izan jak i Dani nie mają jednej nogi. Szpitalne korytarze przemierzają na wózkach. Cała trójka nosi bransoletki po operacjach - łupy wojenne.
Bohaterowie mają po około 14,15 lat i zachowują się jak zwyczajni nastolatkowie. Różnicą jest przestrzeń, w jakiej zmuszeni są przebywać i doświadczenia życiowe, jakim zostali obdzieleni przez niesprawiedliwy los. Ekscytujące dla chłopców są nocne wyprawy korytarzami. Odwiedzają przy tym przyjaciela w magazynach - pracownika szpitala, który urządza im koncerty, a na koniec przygotowuje niespodziankę i zaprasza zespół, za którym chłopcy przepadają. Marzą o modelce i wyczekują jej na dziedzińcu szpitala. Grają w kosza i przygotowują się do ważnego meczu z pacjentami innego szpitala.
Oprócz wspólnych przeżyć mają swoje własne historie. Izan martwi się losem "nowego" - Jorge. Utożsamia się z nim, widzi w tym chłopcu siebie sprzed pierwszej operacji. Pragnie mu pomóc przejść przez ciężki czas oczekiwania wyników biopsji. Miguel Angel ubiera pancerz i często atakuje innych. Boi się odrzucenia - oprócz piętna choroby, nosi los chłopca z rozbitej rodziny. Odmawia spotkania się z ojcem, nie podchodzi nawet do telefonu. Łącznikiem między rodzicem a dzieckiem jest pomocny Izan. Dani z kolei przeżywa swoją pierwszą miłość - bo kto powiedział, że przestrzeń choroby uniemożliwia prawdziwe doznanie życia? Podczas jednej z wycieczek poznaje dziewczynę z oddziału psychiatrycznego - anorektyczkę. Początkowa przyjaźń przeradza się w pierwszą miłość, którą wzmacnia zawarcie paktu: "Ja poddam się chemii, jeśli ty będziesz jadła".
Słowa opisujące film nie oddają piękna tego obrazu. Podczas oglądania moje myśli powędrowały do książki Schmitta zatytułowanej "Oskar i pani Róża". Historia chorego na raka chłopca, który dzięki pani Róży oswaja swoją śmierć na tyle, na ile to możliwe. I tak jak bohaterowie filmu przeżywa każdy dzień najpełniej jak się da - mimo, że też w przestrzeni szpitala. Pomyślałam też, że "4. piętro" powinni oglądać uczniowie na godzinie wychowawczej - jeśli nie na j. polskim. A "Oskar i pani Róża" powinna być traktowana jako lektura w gimnazum. Wczoraj wiele chwil po obejrzeniu filmu sięgnęłam po książeczkę (bo objętościowo to krótki utwór) Schmitta.
Przy tego typu dziełach uderza mnie oswajanie śmierci i tego co się dzieje z bohaterami tuż przed. Oswajaniem jest mówienie o tym, ale też stosowanie szczególnego słownictwa. W filmie bohaterowie byli nazywani "łysolkami". Dawało to przewagę nad okrucieństwem losu. Chłopcy mówili: "Nie jesteśmy kalekami, a karatekami!".
Oskar tuż przed śmiercią pisze takie słowa o życiu:
"Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć." [Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, przekł. Barbara Grzegorzewska, Wyd. Znak, Kraków 2007, s. 74]
Jeśli miałabym określić "4. piętro", czy wspomnianą książkę "Oskar i pani Róża", to powiedziałabym, że takie utwory zostawiają we mnie ciszę. Po obejrzeniu, przeczytaniu jest we mnie cisza.
Na koniec więc Wam, Czytacze z przestrzeni zdrowia, doświadczenia takiej ciszy życzę.
Ważne informacje i terminy
6 stycznia 2011
21 grudnia 2010
Czy jestem taki jak Scrooge? Świąteczne refleksje
Dobry wieczór.
Jutro ostatni dzień szkoły w tym roku! ;) Uczniowie się cieszą, a i nauczyciele pewnie też są zadowoleni. Wszyscy odpoczną! :)
Dziś świąteczno-refleksyjny post. Na lekcjach rozmawiałam między innymi o "Piątym talerzu", z klasą czwartą o świętym Mikołaju na podstawie tekstów Jana Twardowskiego. Ale niedawno omówiłam "Opowieść wigilijną" i mam dla czytających niespodziankę. Co prawda w języku angielskim, ale moim zdaniem jest prześmieszna!
Zanim jednak poproszę Was o oglądnięcie, popiszę tu o wspomnianym opowiadaniu, a konkretniej o przemianie bohatera. Scrooge bowiem za sprawą ducha Marleya ze zgorzkniałego, samotnego, chciwego i skąpego człowieka zmienia się w bohatera pozytywnego. Staje się wrażliwym, sympatycznym, współczującym i pomagającym ludziom mężczyzną. Nie chcę jednak Wam tu opisywać skutków przemiany. Nie chcę szukać przyczyn, dlaczego bohater był tak zgorzkniały i nienawidził wręcz Bożego Narodzenia.
Pomyślałam, że wokół nas jest wielu takich Scgrooge'owych ludzi. Może w każdym z nas jest coś ze Scgrooge'a. Może (powtórzenie celowe) święta to najlepszy moment na refleksję, zatrzymanie się i zastanowienie - jakim człowiekiem jestem?
Terakowska w "Piątym talerzu" pisze, że zdała swój test na człowieczeństwo na trójkę. Oczywiście odnosi to do sytuacji z jednej wigilii i konkretnego wydarzenia związanego z tradycją pustego talerza.
W te święta zastanów się Czytaczu, jak Ty zdajesz swój test na człowieczeństwo? Zdaję sobie sprawę, że jeśli czytają to młodzi (uczniowie - moi byli i z innych szkół) przewrócą oczami i powiedzą: "Ale nudzi". Z Waszej perspektywy bardzo prawdopodobne, że tak to odbierzecie (cytując pewnego ucznia: ja też kiedyś byłam młoda ;)). Jednak od najmłodszych lat uczymy się życzliwości i zrozumienia. Jeśli teraz nie będziecie dobrzy dla siebie i dla innych, później będzie Wam trudniej. Myślę, że za przykład może tu nam posłużyć Scrooge. Osamotniony wpadł w zaklęte koło napędzające zgorzkniałość, niechęć, chciwość. On miał szansę na zmiany. A co z nami? Kto nas zatrzyma, powstrzyma, pokieruje?
W nadchodzący świąteczny czas życzę Wam wielu dobrych ludzi wokół. I byście Wy, drodzy Czytacze, emanowali dobrem i ciepłem. Wtedy wszystko inne stanie się bardziej znośne.
Zapowiedziana niespodzianka ;)
Dobrej nocy!
Jutro ostatni dzień szkoły w tym roku! ;) Uczniowie się cieszą, a i nauczyciele pewnie też są zadowoleni. Wszyscy odpoczną! :)
Dziś świąteczno-refleksyjny post. Na lekcjach rozmawiałam między innymi o "Piątym talerzu", z klasą czwartą o świętym Mikołaju na podstawie tekstów Jana Twardowskiego. Ale niedawno omówiłam "Opowieść wigilijną" i mam dla czytających niespodziankę. Co prawda w języku angielskim, ale moim zdaniem jest prześmieszna!
Zanim jednak poproszę Was o oglądnięcie, popiszę tu o wspomnianym opowiadaniu, a konkretniej o przemianie bohatera. Scrooge bowiem za sprawą ducha Marleya ze zgorzkniałego, samotnego, chciwego i skąpego człowieka zmienia się w bohatera pozytywnego. Staje się wrażliwym, sympatycznym, współczującym i pomagającym ludziom mężczyzną. Nie chcę jednak Wam tu opisywać skutków przemiany. Nie chcę szukać przyczyn, dlaczego bohater był tak zgorzkniały i nienawidził wręcz Bożego Narodzenia.
Pomyślałam, że wokół nas jest wielu takich Scgrooge'owych ludzi. Może w każdym z nas jest coś ze Scgrooge'a. Może (powtórzenie celowe) święta to najlepszy moment na refleksję, zatrzymanie się i zastanowienie - jakim człowiekiem jestem?
Terakowska w "Piątym talerzu" pisze, że zdała swój test na człowieczeństwo na trójkę. Oczywiście odnosi to do sytuacji z jednej wigilii i konkretnego wydarzenia związanego z tradycją pustego talerza.
W te święta zastanów się Czytaczu, jak Ty zdajesz swój test na człowieczeństwo? Zdaję sobie sprawę, że jeśli czytają to młodzi (uczniowie - moi byli i z innych szkół) przewrócą oczami i powiedzą: "Ale nudzi". Z Waszej perspektywy bardzo prawdopodobne, że tak to odbierzecie (cytując pewnego ucznia: ja też kiedyś byłam młoda ;)). Jednak od najmłodszych lat uczymy się życzliwości i zrozumienia. Jeśli teraz nie będziecie dobrzy dla siebie i dla innych, później będzie Wam trudniej. Myślę, że za przykład może tu nam posłużyć Scrooge. Osamotniony wpadł w zaklęte koło napędzające zgorzkniałość, niechęć, chciwość. On miał szansę na zmiany. A co z nami? Kto nas zatrzyma, powstrzyma, pokieruje?
W nadchodzący świąteczny czas życzę Wam wielu dobrych ludzi wokół. I byście Wy, drodzy Czytacze, emanowali dobrem i ciepłem. Wtedy wszystko inne stanie się bardziej znośne.
Zapowiedziana niespodzianka ;)
Dobrej nocy!
7 grudnia 2010
O Białoszewskiego "Pamiętniku z powstania warszawskiego"
Dobry wieczór.
Pozytywem lub negatywem rozwoju techniki jest internet i możliwość kontaktu z byłymi uczniami ;) Widziałam, że uczniowie obecnej klasy trzeciej zmagają się z Białoszewskim. Postanowiłam więc napisać kilka słów. Nie wiem, czy Was przekonam do spojrzenia na tę lekturę przyjaźniejszym wzrokiem (o ile tu zaglądacie oczywiście:)).
Wspomniany "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest jedną z ważniejszych lektur, która w pewien sposób przybliża nam wydarzenia czasu II wojny światowej. Przyznam szczerze, że w Waszym wieku również miałam problem z tą lekturą (może nieco inny, bo ja uwielbiałam czytać :)) Tak się składa, że całkiem niedawno sięgnęłam po tę książkę ponownie i znowu mnie zaskoczyła rola czasu, która wpływa znacząco na odbiór czytanego tekstu.
Po co w ogóle Białoszewski napisał "Pamiętnik..."? Musicie wiedzieć, że tuż po wojnie wciąż trwały dyskusje na temat słuszności powstania warszawskiego. Głos Białoszewskiego jednak nie jest próbą oceny. Porównałabym go do innego pisarza doświadczonego wojną - Tadeusza Borowskiego.
Autor "Pamiętnika..." pokazuje, że w tych okrutnych i trudnych do wyobrażenia czasach ludzie postępowali honorowo, ale czasem zmuszeni byli do czynów niekoniecznie moralnych.
Co ciekawe, to pisarz wspomnienia spisał dwadzieścia trzy lata po zakończeniu wojny! A to dało dystans czasowy.
Wiem, że niektórym bardzo trudno czyta się "Pamiętnik...". Dlaczego? Sprawia to warstwa językowa tak bardzo Mironowa! Krótkie, urywane zdania. Często pojedyncze słowa oraz wyrazy dźwiękonaśladowcze. Tak bardzo charakterystyczne dla wierszy Białoszewskiego i tu, w utworze prozatorskim, znalazły zastosowanie. Myślę, że miało to przybliżyć czytelnikowi tamtą atmosferę jak najlepiej się da. I jeśli przebijemy się przez nasze ograniczenia, to dostrzeżemy sens w takim budowaniu całego "Pamiętnika...".
Mnie zachwyca odtwarzanie wydarzeń, opisywanie szczegółów z godną pozazdroszczenia dokładnością. Ciekawie jest czytać przeżycia cywila, osoby, która patrzy z perspektywy zwykłego mieszkańca okupowanej Warszawy na wydarzenia z okresu powstania warszawskiego. To głos: my też tam byliśmy, my walczyliśmy o przetrwanie! Spójrzcie... w literaturze polskiej wiele mówi się o żołnierzach, a wcześniej i rycerzach walczących o wolność, niepodległość. W "Pamiętniku z powstania warszawskiego" macie do czynienia z głosem człowieka takiego jak ja, jak wy. Szarego, zwyczajnego, modlącego się o przeżycie.
Nie wiem czy Was przekonam do przeczytania tej lektury, do próby zrozumienia treści, które zawiera. Mam nadzieję, że choć część pokona opór - jeśli nie w tym roku, to za kilka lat. To literacki dokument tamtych czasów, o których gdzieś tam trzeba pamiętać...
Zostawiam Was z utworem z "Oratorium" na podstawie "Pamiętnika z powstania warszawskiego". Zachęcam do przesłuchania, ale i sięgnięcia po inne utwory (tylko ten wykonuje AMJ :)).
Dobrej nocy.
Pozytywem lub negatywem rozwoju techniki jest internet i możliwość kontaktu z byłymi uczniami ;) Widziałam, że uczniowie obecnej klasy trzeciej zmagają się z Białoszewskim. Postanowiłam więc napisać kilka słów. Nie wiem, czy Was przekonam do spojrzenia na tę lekturę przyjaźniejszym wzrokiem (o ile tu zaglądacie oczywiście:)).
Wspomniany "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest jedną z ważniejszych lektur, która w pewien sposób przybliża nam wydarzenia czasu II wojny światowej. Przyznam szczerze, że w Waszym wieku również miałam problem z tą lekturą (może nieco inny, bo ja uwielbiałam czytać :)) Tak się składa, że całkiem niedawno sięgnęłam po tę książkę ponownie i znowu mnie zaskoczyła rola czasu, która wpływa znacząco na odbiór czytanego tekstu.
Po co w ogóle Białoszewski napisał "Pamiętnik..."? Musicie wiedzieć, że tuż po wojnie wciąż trwały dyskusje na temat słuszności powstania warszawskiego. Głos Białoszewskiego jednak nie jest próbą oceny. Porównałabym go do innego pisarza doświadczonego wojną - Tadeusza Borowskiego.
Autor "Pamiętnika..." pokazuje, że w tych okrutnych i trudnych do wyobrażenia czasach ludzie postępowali honorowo, ale czasem zmuszeni byli do czynów niekoniecznie moralnych.
Co ciekawe, to pisarz wspomnienia spisał dwadzieścia trzy lata po zakończeniu wojny! A to dało dystans czasowy.
Wiem, że niektórym bardzo trudno czyta się "Pamiętnik...". Dlaczego? Sprawia to warstwa językowa tak bardzo Mironowa! Krótkie, urywane zdania. Często pojedyncze słowa oraz wyrazy dźwiękonaśladowcze. Tak bardzo charakterystyczne dla wierszy Białoszewskiego i tu, w utworze prozatorskim, znalazły zastosowanie. Myślę, że miało to przybliżyć czytelnikowi tamtą atmosferę jak najlepiej się da. I jeśli przebijemy się przez nasze ograniczenia, to dostrzeżemy sens w takim budowaniu całego "Pamiętnika...".
Mnie zachwyca odtwarzanie wydarzeń, opisywanie szczegółów z godną pozazdroszczenia dokładnością. Ciekawie jest czytać przeżycia cywila, osoby, która patrzy z perspektywy zwykłego mieszkańca okupowanej Warszawy na wydarzenia z okresu powstania warszawskiego. To głos: my też tam byliśmy, my walczyliśmy o przetrwanie! Spójrzcie... w literaturze polskiej wiele mówi się o żołnierzach, a wcześniej i rycerzach walczących o wolność, niepodległość. W "Pamiętniku z powstania warszawskiego" macie do czynienia z głosem człowieka takiego jak ja, jak wy. Szarego, zwyczajnego, modlącego się o przeżycie.
Nie wiem czy Was przekonam do przeczytania tej lektury, do próby zrozumienia treści, które zawiera. Mam nadzieję, że choć część pokona opór - jeśli nie w tym roku, to za kilka lat. To literacki dokument tamtych czasów, o których gdzieś tam trzeba pamiętać...
Zostawiam Was z utworem z "Oratorium" na podstawie "Pamiętnika z powstania warszawskiego". Zachęcam do przesłuchania, ale i sięgnięcia po inne utwory (tylko ten wykonuje AMJ :)).
Dobrej nocy.
14 listopada 2010
Poezjowanie
Dobry wieczór, Czytacze.
Obiecany post o Szymborskiej (a raczej jego powtórka) mam nadzieję, że się kiedyś pojawi..
Tymczasem dziś chciałabym o poezji słów kilka popełnić.
Za każdym razem, gdy omawiałam jakiś wiersz na lekcjach polskiego w gimnazjum, bałam się. Zwyczajnie i nadzwyczajnie. ;)
Dlaczego?
Uczniowie poezji nie lubią. Przypuszczalnie dlatego, że jej nie rozumieją. Język nie ich. Tematy często też nie takie jak trzeba. Ja również w wieku szkolnym nie przepadałam za poezją. Nie docierała do mnie. Nie rozumiałam jej. Mogę też chyba powiedzieć, że jej nie czułam.
Jako Wasz nauczyciel bałam się, że Was zniechęcę raczej niż zachęcę. I żałuję, że jestem jeszcze niedoświadczona, nieopierzona. Że poruszałam się i nadal poruszam trochę po omacku, niepewnie. Może za kilka lat będę zadowolona z lekcji o poezji. Chciałabym, ponieważ jeśli nauczycie się czuć wiersze, to odkryjecie inne światy. Odkryjecie, że często te utwory idealnie mogą wyrazić Was, Wasze aktualne uczucia, myśli, które tak trudno czasem ubrać w słowa.
Moje pierwsze prawdziwe spotkanie z poezją?
Będąc w siódmej klasie zostałam przed lekcją polskiego, na przerwie, w sali (sali, w której sama teraz nauczam:)). Na biurku nauczycielki leżał otwarty podręcznik, a w nim był wiersz. Już wtedy musiałam przeczytać wszystko co miało litery, ;) więc spojrzałam i... poraziło mnie.
Był to utwór Tadeusza Różewicza (poeta od tamtej pory jest moją wielką miłością poetycką), którym chciałabym się dziś z Wami podzielić.
Zapomnijcie o nas
o naszym pokoleniu
żyjcie jak ludzie
zapomnijcie o nas
my zazdrościliśmy
roślinom i kamieniom
zazdrościliśmy psom
chciałbym być szczurem
mówiłem wtedy do niej
chciałabym nie być
chciałabym zasnąć
i zbudzić się po wojnie
mówiła z zamkniętymi oczami
zapomnijcie o nas
nie pytajcie o naszą młodość
zostawcie nas
T. Różewicz, Zostawcie nas, w: tegoż, Poezja, t. II, Wrocław 2006.
Przyznam, że do dziś ten utwór mnie paraliżuje. Według mnie jest to jeden z najpiękniejszych i najmocniejszych wierszy mówiących o czasach wojny. Odwołujących się do podziału na "my" - widzący okrucieństwo wojny i "wy" - urodzeni "po".
Różewicz stworzył nowy, pod względem strukturalnym, wiersz. Wynikało to między innymi ze stawiania pytań: Jak pisać po wojnie? Czy w ogóle można pisać cokolwiek? Czy można kontynuować to co było przed?
Wiersz różewiczowski to ten utrzymany w konwencji wiersza wolnego, w którym odchodzi się od upiększeń. Wszystko sprowadza się do prozaizacji, uproszczenia języka.
Wracając jednak do przytoczonego utworu. Porusza mnie wyznanie podmiotu lirycznego. W imieniu swojego pokolenia prosi, by nie wracać do czasów ich młodości. Dlaczego? Bo tak naprawdę jej nie było. Bo czasy, w których przyszło żyć tym młodym ludziom, były pełne cierpienia, bólu, strachu, śmierci.
"My zazdrościliśmy roślinom i kamieniom", mówi mężczyzna. Kobieta dodaje: "chciałabym nie być". To co się powtarza i spaja jednocześnie wiersz, to "zostawcie nas", "zapomnijcie o nas". Nie pytajcie jak żyliśmy, jak przeżyliśmy. Nie chcemy o tym mówić. Dlaczego? Wspomnienia są zbyt bolesne, a ci którzy tego nie przeżyli nie zrozumieją.
Jednocześnie podmiot liryczny prosi "żyjcie jak ludzie". Skończyły się czasy niewyobrażalnego okrucieństwa i wy młodzi możecie żyć tak, jak my nie mogliśmy - zdaje się przez to mówić. Pokolenie czasu wojny nie mogło przecież żyć tak jakby chciało. Młodzieńcze marzenia, plany zabrała wojna.
Wiersz pochodzi z tomu z lat pięćdziesiątych. Zastanawiam się jak przeżyliśmy te lata. Czasem czytając ten utwór, zastanawiam się czy moja młodość, czy młodość moich znajomych, czy wreszcie młodość moich uczniów jest należycie przeżywana, wykorzystywana. Czy nie gubimy tego co ważne? Czy nie odpychamy pewnych wartości? Czy potrafimy docenić fakt, że tyle możemy dokonać, zrobić...
Z tym Was dziś zostawiam - "żyjcie jak ludzie".
Tylko co to znaczy: żyć jak człowiek?
Refleksyjnego wieczoru ;)
Obiecany post o Szymborskiej (a raczej jego powtórka) mam nadzieję, że się kiedyś pojawi..
Tymczasem dziś chciałabym o poezji słów kilka popełnić.
Za każdym razem, gdy omawiałam jakiś wiersz na lekcjach polskiego w gimnazjum, bałam się. Zwyczajnie i nadzwyczajnie. ;)
Dlaczego?
Uczniowie poezji nie lubią. Przypuszczalnie dlatego, że jej nie rozumieją. Język nie ich. Tematy często też nie takie jak trzeba. Ja również w wieku szkolnym nie przepadałam za poezją. Nie docierała do mnie. Nie rozumiałam jej. Mogę też chyba powiedzieć, że jej nie czułam.
Jako Wasz nauczyciel bałam się, że Was zniechęcę raczej niż zachęcę. I żałuję, że jestem jeszcze niedoświadczona, nieopierzona. Że poruszałam się i nadal poruszam trochę po omacku, niepewnie. Może za kilka lat będę zadowolona z lekcji o poezji. Chciałabym, ponieważ jeśli nauczycie się czuć wiersze, to odkryjecie inne światy. Odkryjecie, że często te utwory idealnie mogą wyrazić Was, Wasze aktualne uczucia, myśli, które tak trudno czasem ubrać w słowa.
Moje pierwsze prawdziwe spotkanie z poezją?
Będąc w siódmej klasie zostałam przed lekcją polskiego, na przerwie, w sali (sali, w której sama teraz nauczam:)). Na biurku nauczycielki leżał otwarty podręcznik, a w nim był wiersz. Już wtedy musiałam przeczytać wszystko co miało litery, ;) więc spojrzałam i... poraziło mnie.
Był to utwór Tadeusza Różewicza (poeta od tamtej pory jest moją wielką miłością poetycką), którym chciałabym się dziś z Wami podzielić.
Zapomnijcie o nas
o naszym pokoleniu
żyjcie jak ludzie
zapomnijcie o nas
my zazdrościliśmy
roślinom i kamieniom
zazdrościliśmy psom
chciałbym być szczurem
mówiłem wtedy do niej
chciałabym nie być
chciałabym zasnąć
i zbudzić się po wojnie
mówiła z zamkniętymi oczami
zapomnijcie o nas
nie pytajcie o naszą młodość
zostawcie nas
T. Różewicz, Zostawcie nas, w: tegoż, Poezja, t. II, Wrocław 2006.
Przyznam, że do dziś ten utwór mnie paraliżuje. Według mnie jest to jeden z najpiękniejszych i najmocniejszych wierszy mówiących o czasach wojny. Odwołujących się do podziału na "my" - widzący okrucieństwo wojny i "wy" - urodzeni "po".
Różewicz stworzył nowy, pod względem strukturalnym, wiersz. Wynikało to między innymi ze stawiania pytań: Jak pisać po wojnie? Czy w ogóle można pisać cokolwiek? Czy można kontynuować to co było przed?
Wiersz różewiczowski to ten utrzymany w konwencji wiersza wolnego, w którym odchodzi się od upiększeń. Wszystko sprowadza się do prozaizacji, uproszczenia języka.
Wracając jednak do przytoczonego utworu. Porusza mnie wyznanie podmiotu lirycznego. W imieniu swojego pokolenia prosi, by nie wracać do czasów ich młodości. Dlaczego? Bo tak naprawdę jej nie było. Bo czasy, w których przyszło żyć tym młodym ludziom, były pełne cierpienia, bólu, strachu, śmierci.
"My zazdrościliśmy roślinom i kamieniom", mówi mężczyzna. Kobieta dodaje: "chciałabym nie być". To co się powtarza i spaja jednocześnie wiersz, to "zostawcie nas", "zapomnijcie o nas". Nie pytajcie jak żyliśmy, jak przeżyliśmy. Nie chcemy o tym mówić. Dlaczego? Wspomnienia są zbyt bolesne, a ci którzy tego nie przeżyli nie zrozumieją.
Jednocześnie podmiot liryczny prosi "żyjcie jak ludzie". Skończyły się czasy niewyobrażalnego okrucieństwa i wy młodzi możecie żyć tak, jak my nie mogliśmy - zdaje się przez to mówić. Pokolenie czasu wojny nie mogło przecież żyć tak jakby chciało. Młodzieńcze marzenia, plany zabrała wojna.
Wiersz pochodzi z tomu z lat pięćdziesiątych. Zastanawiam się jak przeżyliśmy te lata. Czasem czytając ten utwór, zastanawiam się czy moja młodość, czy młodość moich znajomych, czy wreszcie młodość moich uczniów jest należycie przeżywana, wykorzystywana. Czy nie gubimy tego co ważne? Czy nie odpychamy pewnych wartości? Czy potrafimy docenić fakt, że tyle możemy dokonać, zrobić...
Z tym Was dziś zostawiam - "żyjcie jak ludzie".
Tylko co to znaczy: żyć jak człowiek?
Refleksyjnego wieczoru ;)
29 października 2010
zima tuż tuż
Dobry wieczór.
Z przykrością stwierdziłam, że tak zwana technika chyba mnie nie lubi. Jakimś cudem usunęłam wpis o Szymborskiej. Choć to pewnie moje gapiostwo niż antypatia wyżej wymienionej. ;)
Nadrobię to - na dniach po prostu jeszcze raz spiszę kilka słów o tej poetce. I może od razu o wrażeniach z wysłuchanej audycji.
Czy macie tak, że dani wykonawcy, płyty, piosenki kojarzą Wam się z wybraną porą roku? Ostatnio zauważyłam, że dane momenty, miesiące kojarzą mnie się z wybranym wykonawcą, albumem lub utworem. Oczywiście jak tylko je "usłyszę" w głowie, biegnę szybko odtworzyć oryginały.
I tak od dziś znowu słucham Stinga i jego zeszłorocznej chyba płyty - "If On a Winter's Night". Nie jestem ekspertem muzycznym, ale za to drobnym eksperymentatorem słuchaczowym (wybaczcie zabawę słowami).
Lubię smakować różnych typów, poznawać - to chyba stosuję do życia w ogóle, a przynajmniej staram się. Sięgam czasem po recenzje wydań płytowych. Czasem, ponieważ nie lubię wyrabiać opinii na podstawie ocen innych ludzi. Lubię sprawdzać sama. :)
Na potrzeby tego wpisu przejrzałam recenzje i cóż - nie są pozytywne.
Stinga chyba każdy zna. Ta płyta na pewno pokazuje tego wykonawcę w innym świetle. Nie ma tu kawałków, o które zabijałyby się stacje komercyjne. Myślę, że to muzyka na zimowe wieczory. Większości nie podoba się melodia płyty, utwory - bo to nie jest ten znany rockowy Sting. I na pewno tym wydaniem trafił do mniejszości.
Niemniej mnie odpowiada na nadchodzący czas - melancholie, zimno, niebawem śnieg. Ta płyta pasuje do tego okresu. I na pewno nie wystarczy jej wysłuchać raz.
Taki odbiór tego albumu skłonił mnie do zastanowienia się nad czymś jeszcze. Może ta niechęć wiąże się z tym, że ludzie przyklejają etykietki? Może dlatego, że my nie potrafimy się otworzyć na zmiany i trudno nam zaakceptować inność? Oczywiście ostatni akapit nawiązuje nie tylko do muzyki Stinga, ale do życia w ogóle. :)
Może należy dać szansę temu co nowe? Nawet jeśli przychodzi wbrew naszej woli.
Wraz z tym pytaniem (skłaniającym mam nadzieję do choćby krótkiej refleksji) zostawiam Wam, Drodzy Czytacze, jeden z utworów Stinga z jego zimowego albumu (smyczki tam to cudo :))
Dobrej nocy.
Z przykrością stwierdziłam, że tak zwana technika chyba mnie nie lubi. Jakimś cudem usunęłam wpis o Szymborskiej. Choć to pewnie moje gapiostwo niż antypatia wyżej wymienionej. ;)
Nadrobię to - na dniach po prostu jeszcze raz spiszę kilka słów o tej poetce. I może od razu o wrażeniach z wysłuchanej audycji.
Czy macie tak, że dani wykonawcy, płyty, piosenki kojarzą Wam się z wybraną porą roku? Ostatnio zauważyłam, że dane momenty, miesiące kojarzą mnie się z wybranym wykonawcą, albumem lub utworem. Oczywiście jak tylko je "usłyszę" w głowie, biegnę szybko odtworzyć oryginały.
I tak od dziś znowu słucham Stinga i jego zeszłorocznej chyba płyty - "If On a Winter's Night". Nie jestem ekspertem muzycznym, ale za to drobnym eksperymentatorem słuchaczowym (wybaczcie zabawę słowami).
Lubię smakować różnych typów, poznawać - to chyba stosuję do życia w ogóle, a przynajmniej staram się. Sięgam czasem po recenzje wydań płytowych. Czasem, ponieważ nie lubię wyrabiać opinii na podstawie ocen innych ludzi. Lubię sprawdzać sama. :)
Na potrzeby tego wpisu przejrzałam recenzje i cóż - nie są pozytywne.
Stinga chyba każdy zna. Ta płyta na pewno pokazuje tego wykonawcę w innym świetle. Nie ma tu kawałków, o które zabijałyby się stacje komercyjne. Myślę, że to muzyka na zimowe wieczory. Większości nie podoba się melodia płyty, utwory - bo to nie jest ten znany rockowy Sting. I na pewno tym wydaniem trafił do mniejszości.
Niemniej mnie odpowiada na nadchodzący czas - melancholie, zimno, niebawem śnieg. Ta płyta pasuje do tego okresu. I na pewno nie wystarczy jej wysłuchać raz.
Taki odbiór tego albumu skłonił mnie do zastanowienia się nad czymś jeszcze. Może ta niechęć wiąże się z tym, że ludzie przyklejają etykietki? Może dlatego, że my nie potrafimy się otworzyć na zmiany i trudno nam zaakceptować inność? Oczywiście ostatni akapit nawiązuje nie tylko do muzyki Stinga, ale do życia w ogóle. :)
Może należy dać szansę temu co nowe? Nawet jeśli przychodzi wbrew naszej woli.
Wraz z tym pytaniem (skłaniającym mam nadzieję do choćby krótkiej refleksji) zostawiam Wam, Drodzy Czytacze, jeden z utworów Stinga z jego zimowego albumu (smyczki tam to cudo :))
Dobrej nocy.
21 października 2010
konkurs poetycki
Dzień dobry.
Dziś krótko i na temat.
Przed chwilą znalazłam wiadomość o I Pomorskim Konkursie Poetyckim dla dzieci i młodzieży.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany: http://www.centrumkulturygdynia.org/mod/news/id/149/
Miłego popołudnia :)
Dziś krótko i na temat.
Przed chwilą znalazłam wiadomość o I Pomorskim Konkursie Poetyckim dla dzieci i młodzieży.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany: http://www.centrumkulturygdynia.org/mod/news/id/149/
Miłego popołudnia :)
14 października 2010
O co ten hałas?
Dobry wieczór Czytacze.
Jestem świeżo po wizycie w teatrze. Pomyślałam, że spiszę tu przemyślenia związane z obejrzaną sztuką, nawiązując przy tym do tekstu literackiego.
Dziś na warsztacie Shakespeare (właściwie cały tydzień mam na wskroś shakespeare'owski) i jego "Wiele hałasu o nic".
Gatunek: komedia.
I jak to zazwyczaj u Shakespeare'a bywa (ale nie zawsze!) tematem tej sztuki jest między innymi miłość. Oczywiście uogólniłam, ponieważ dziś chciałabym szczególnie skoncentrować się na tym problemie.
Beatrice i Benedick. Para bohaterów ślubująca życiu w samotności, odgradzająca się od małżeństwa. Przerzucają się inwektywami, dogryzają sobie nawzajem.
Interesuję się obrazem kobiet w literaturze, dlatego to Beatrice mnie intryguje za każdym razem, gdy czytam tę komedię.
Beatrice - kobieta z charakterem. Silna, odważnie wyrażająca swoje zdanie, opinie. Jest to ciekawa postać ze względu historycznego. Przecież kobiety z czasów Shakespeare'a nie miały prawa właściwie do własnego zdania. Do kreowania własnego życia. Beatrice jednak doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jako kobieta jest w pewien sposób ograniczona. Nie ma wstępu do świata mężczyzn - nie może wyrównać rachunków z Claudio. "Pragnienie nie przemieni mnie w mężczyznę, umrę więc kobietą w cierpieniu" powie do Benedicka tuż po tym, gdy honor, godność Hero zostały podważone.
Zastanawiam się nad motywami Beatrice. Dlaczego nie chce miłości? Niektóre jej słowa sugerują, że zwyczajnie boi się zaufać. Samotność z wyboru może być ucieczką przed zawodem. O mężczyznach mówi: "Lecz męskość rozpłynęła się w układnych ukłonach, waleczność przemieniła się w komplementy, a mężczyźni w języki, i to układne. Dziś ten tylko jest waleczny jak Herkules, kto powie kłamstwo i przysięgnie, że jest prawdą".
Ciekawa jest opinia bohaterki dotycząca ślubu i dalszego życia. Mówi swojej kuzynce: "...zaloty, zaślubiny i żal mają jak szkocki jig miarę i pięć taktów. Pierwszy krok jest gorący i spieszny jak szkocki jig, i równie jak on dziwaczny; zaślubiny, skromne i godne jako miara, pełne są powagi i dostojeństwa; później nadchodzi żal i na swych słabych nogach wpada w coraz szybszy taniec na pięć taktów, póki nie utonie w grobie."
Mimo dość gorzkich zdań o małżeństwie i mężczyznach, Beatrice zostaje usidlona. Manipulacja ze strony bliskich powoduje, że ona i Benedick zakochują się w sobie. Komedia oczywiście ma szczęśliwe zakończenie.
Zanim przejdę do kilku zdań o dzisiejszym spektaklu, chcę zaznaczyć, że "Wiele hałasu o nic" to coś więcej niż opowieść o historii miłosnej Beatrice i Benedicka.
Spektakl... zaskoczył mnie, ale też troszkę rozczarował. Bardziej niż troszkę. Utwory Shakespeare'a uważam za genialne. Nie znam chyba drugiego autora, który tak wspaniale pisałby o namiętności, pożądaniu, miłości, zawodach, nienawiści, żądzy władzy (choć pewnie to nieobiektywna opinia - mimo że dużo czytam, nie poznałam przecież jeszcze wielu uznanych pisarzy). Niemniej ten angielski dramaturg jest jedną z moich miłości :)
"Wiele hałasu o nic" na deskach TW było próbą włożenia komedii w nasze realia. Zero scenografii (jeśli nie liczyć parkietu ułożonego w romb), co właściwie mi nie przeszkadza. To pozwala skoncentrować się na tekście, grze aktorów. Współczesne stroje i taka muzyka jako tło do odgrywanych scen. Tutaj też nie mam zarzutów. Myślę, że w każda sztuka autora "Poskromienia złośnicy" może być dialogiem między jego czasami, a współczesnością. Wiele jednak zależy od reżysera i tego, jak on odczyta tekst. Co z niego wybierze. Jak już napisałam na początku, "Wiele hałasu o nic" to kilka problemów dziejących się obok siebie.
Reżyser TW skoncentrował się na problemie seksu (może to próba zwrócenia uwagi, czym przesycony jest nasz świat?) - przynajmniej ja to tak odebrałam. Szokujące mogą się wydawać wątki homoseksualne - zaintrygował mnie tok myślenia reżysera, prawdę mówiąc. Uderzyło mnie pocięcie tekstu oryginału i wyrzucenie ważnych fragmentów. Rozczarowała próba ukazania historii Benedicka i Beatrice. Z ciekawej, intrygującej, momentami zabawnej historii miłosnej wyszła papka przeszyta na wskroś seksualnością. Może to miało zaszokować?
Może to próba pokazania, że Shakespeare też jest dla mas (nie obrażając nikogo)?
Nie odgadłam wizji reżysera. Nie utożsamiłam się z nią. Nie czułam tej sztuki. I nie zgadzam się z interpretacją postaci (szczególnie Hero, którą w spektaklu odebrałam jako twardą, hardą dziewczynę - zupełne przeciwieństwo bohaterki shakespeare'owskiej).
Mimo rozczarowania myślę, że warto było zobaczyć próbę interpretacji tej sztuki. Obcowanie z literaturą w teatrze lub w kinie (widzieliście "Śluby panieńskie"?) uświadamia mi jak żywy może być tekst. I jak należy być ostrożnym, by nie przekłamać, nie przerysować.
W sobotę wybieram się na "Poskromienie złośnicy" - również na deskach TW. Tu przykrych niespodzianek nie będzie. Zobaczę spektakl po raz drugi i nie mogę się doczekać. Ten polecam wszystkim. Magia czaru :)
A na koniec - dziękuję moim byłym uczniom za zaglądanie tu i za te wszystkie miłe komentarze. Niektórzy z Was już wiedzą, ale: jestem znowu nauczycielem :) i też mi Was brakuje :)
Dobrej nocy.
Jestem świeżo po wizycie w teatrze. Pomyślałam, że spiszę tu przemyślenia związane z obejrzaną sztuką, nawiązując przy tym do tekstu literackiego.
Dziś na warsztacie Shakespeare (właściwie cały tydzień mam na wskroś shakespeare'owski) i jego "Wiele hałasu o nic".
Gatunek: komedia.
I jak to zazwyczaj u Shakespeare'a bywa (ale nie zawsze!) tematem tej sztuki jest między innymi miłość. Oczywiście uogólniłam, ponieważ dziś chciałabym szczególnie skoncentrować się na tym problemie.
Beatrice i Benedick. Para bohaterów ślubująca życiu w samotności, odgradzająca się od małżeństwa. Przerzucają się inwektywami, dogryzają sobie nawzajem.
Interesuję się obrazem kobiet w literaturze, dlatego to Beatrice mnie intryguje za każdym razem, gdy czytam tę komedię.
Beatrice - kobieta z charakterem. Silna, odważnie wyrażająca swoje zdanie, opinie. Jest to ciekawa postać ze względu historycznego. Przecież kobiety z czasów Shakespeare'a nie miały prawa właściwie do własnego zdania. Do kreowania własnego życia. Beatrice jednak doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jako kobieta jest w pewien sposób ograniczona. Nie ma wstępu do świata mężczyzn - nie może wyrównać rachunków z Claudio. "Pragnienie nie przemieni mnie w mężczyznę, umrę więc kobietą w cierpieniu" powie do Benedicka tuż po tym, gdy honor, godność Hero zostały podważone.
Zastanawiam się nad motywami Beatrice. Dlaczego nie chce miłości? Niektóre jej słowa sugerują, że zwyczajnie boi się zaufać. Samotność z wyboru może być ucieczką przed zawodem. O mężczyznach mówi: "Lecz męskość rozpłynęła się w układnych ukłonach, waleczność przemieniła się w komplementy, a mężczyźni w języki, i to układne. Dziś ten tylko jest waleczny jak Herkules, kto powie kłamstwo i przysięgnie, że jest prawdą".
Ciekawa jest opinia bohaterki dotycząca ślubu i dalszego życia. Mówi swojej kuzynce: "...zaloty, zaślubiny i żal mają jak szkocki jig miarę i pięć taktów. Pierwszy krok jest gorący i spieszny jak szkocki jig, i równie jak on dziwaczny; zaślubiny, skromne i godne jako miara, pełne są powagi i dostojeństwa; później nadchodzi żal i na swych słabych nogach wpada w coraz szybszy taniec na pięć taktów, póki nie utonie w grobie."
Mimo dość gorzkich zdań o małżeństwie i mężczyznach, Beatrice zostaje usidlona. Manipulacja ze strony bliskich powoduje, że ona i Benedick zakochują się w sobie. Komedia oczywiście ma szczęśliwe zakończenie.
Zanim przejdę do kilku zdań o dzisiejszym spektaklu, chcę zaznaczyć, że "Wiele hałasu o nic" to coś więcej niż opowieść o historii miłosnej Beatrice i Benedicka.
Spektakl... zaskoczył mnie, ale też troszkę rozczarował. Bardziej niż troszkę. Utwory Shakespeare'a uważam za genialne. Nie znam chyba drugiego autora, który tak wspaniale pisałby o namiętności, pożądaniu, miłości, zawodach, nienawiści, żądzy władzy (choć pewnie to nieobiektywna opinia - mimo że dużo czytam, nie poznałam przecież jeszcze wielu uznanych pisarzy). Niemniej ten angielski dramaturg jest jedną z moich miłości :)
"Wiele hałasu o nic" na deskach TW było próbą włożenia komedii w nasze realia. Zero scenografii (jeśli nie liczyć parkietu ułożonego w romb), co właściwie mi nie przeszkadza. To pozwala skoncentrować się na tekście, grze aktorów. Współczesne stroje i taka muzyka jako tło do odgrywanych scen. Tutaj też nie mam zarzutów. Myślę, że w każda sztuka autora "Poskromienia złośnicy" może być dialogiem między jego czasami, a współczesnością. Wiele jednak zależy od reżysera i tego, jak on odczyta tekst. Co z niego wybierze. Jak już napisałam na początku, "Wiele hałasu o nic" to kilka problemów dziejących się obok siebie.
Reżyser TW skoncentrował się na problemie seksu (może to próba zwrócenia uwagi, czym przesycony jest nasz świat?) - przynajmniej ja to tak odebrałam. Szokujące mogą się wydawać wątki homoseksualne - zaintrygował mnie tok myślenia reżysera, prawdę mówiąc. Uderzyło mnie pocięcie tekstu oryginału i wyrzucenie ważnych fragmentów. Rozczarowała próba ukazania historii Benedicka i Beatrice. Z ciekawej, intrygującej, momentami zabawnej historii miłosnej wyszła papka przeszyta na wskroś seksualnością. Może to miało zaszokować?
Może to próba pokazania, że Shakespeare też jest dla mas (nie obrażając nikogo)?
Nie odgadłam wizji reżysera. Nie utożsamiłam się z nią. Nie czułam tej sztuki. I nie zgadzam się z interpretacją postaci (szczególnie Hero, którą w spektaklu odebrałam jako twardą, hardą dziewczynę - zupełne przeciwieństwo bohaterki shakespeare'owskiej).
Mimo rozczarowania myślę, że warto było zobaczyć próbę interpretacji tej sztuki. Obcowanie z literaturą w teatrze lub w kinie (widzieliście "Śluby panieńskie"?) uświadamia mi jak żywy może być tekst. I jak należy być ostrożnym, by nie przekłamać, nie przerysować.
W sobotę wybieram się na "Poskromienie złośnicy" - również na deskach TW. Tu przykrych niespodzianek nie będzie. Zobaczę spektakl po raz drugi i nie mogę się doczekać. Ten polecam wszystkim. Magia czaru :)
A na koniec - dziękuję moim byłym uczniom za zaglądanie tu i za te wszystkie miłe komentarze. Niektórzy z Was już wiedzą, ale: jestem znowu nauczycielem :) i też mi Was brakuje :)
Dobrej nocy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)