Ważne informacje i terminy



14 września 2012

Samotność lekiem na wszystko?


Troje bohaterów, których łączy jedna przestrzeń – dwa mieszkania na trzecim piętrze warszawskiej kamienicy. Różne czasy. Różne doświadczenia. Różne zakończenia historii osobnych. A wszystko w Nie zostawiaj mnie Grażyny Jeromin – Gałuszki.
O czym jest wspomniana książka? O życiu. Nie cukierkowym, a gorzkim, gdzie los na różne sposoby drwi sobie z człowieka, by po chwili wyciągnąć pomocną dłoń.

Zachwyciła mnie przede wszystkim konstrukcja powieści – dwa równoległe światy. Rzeczywisty i ten nierzeczywisty, o którym nie wiadomo, czy istnieje. Do tego drugiego trafia już na początku powieści Fryderyka. Starsza kobieta o silnej osobowości i dobrym sercu. Spotyka nieznajomych o takiej samej kondycji egzystencjalnej jak ona i przy rozgrywkach karcianych zaczyna snuć historie z przeszłości. W międzyczasie w świecie rzeczywistym swoim torem toczy się teraźniejszość, która w największej mierze dotyczy Aleksandra i Małgorzaty. Mężczyzna jest bratankiem Fryderyki, a kobieta została przygarnięta przez starszą panią. Bohaterów czytacz ma okazję poznawać stopniowo dzięki przytaczanym historiom z przeszłości oraz teraźniejszości. I tak w trakcie lektury dowiedzieć się można, dlaczego Aleksander od trzech lat nie wychodzi z domu i jest człowiekiem przepełnionym nienawiścią i goryczą do całego świata. Powoli autorka odkrywa również tajemnice Małgorzaty i odpowiada na pytania czytacza: Dlaczego została przygarnięta przez obcą osobę? Dlaczego otacza się murem stworzonym z uporu, złośliwości, niedostępności?

Ciekawy, aczkolwiek zapewne trudny do przełknięcia dla niektórych, jest sposób prowadzenia narracji – do głosu autorka pozwala dochodzić trojgu głównych bohaterów. Dzięki temu świat poznaje się z perspektywy danej postaci, można zrozumieć motywy nią kierujące.
Nie sposób też nie wspomnieć o tle, które oplata główne postacie – w pamięć zapada tragiczna historia Niny czy historie towarzyszy Fryderyki. I wszystko się tu zazębia, los w jakiś dziwny sposób choćby na moment splata drogi życiowe niemal wszystkich bohaterów.

Gałuszka w swojej powieści pokazała, że skazywaniem się na samotność człowiek nigdy nie wygra. Tracą na tym Aleksander i Małgorzata. Po przeczytaniu Nie zostawiaj mnie dopadła mnie taka myśl: może czasem nie warto otaczać się murem „nie dam nikomu szansy”. Może czasem warto chwycić wyciągniętą przez kogoś dłoń, a nie uparcie twierdzić, że samotność jest lekiem na wszelkie zło tego świata? Może… 

Grażyna Jeromin-Gałuszka, Nie zostawiaj mnie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

7 września 2012

O miłości przeciwieństw, czyli historia stara jak świat


Gdy zaczęłam czytać powieść Nichollsa najpierw się nieco przestraszyłam i nawet na moment odłożyłam książkę. Cóż, czasem za bardzo daję się wciągnąć w świat czytanej powieści i zatracam granicę między fikcją a rzeczywistością. Niemniej Jeden dzień należy do powieści, które nie dają się odłożyć na półkę.
Znowu historia miłosna (coś ostatnio trafiam na nie za często) ujęta w ciekawą kompozycyjnie formę: 15 lipca każdego kolejnego roku  czytelnik spotyka bohaterów i dowiaduje się o nich czegoś nowego. I tak przez dwadzieścia lat, podczas których Nicholls przenosi czytacza w koniec lat 80., całe 90. i początek XXI wieku do Anglii.
Początek historii jest banalny – dwoje ludzi kończących studia idzie ze sobą do łóżka. Nie ma seksu, jest rozmowa. Rozchodzą się w różne strony życia, a nawet świata, ale utrzymują ze sobą kontakt. Tak rozpoczyna się przyjaźń Emmy i Dextera. Przyjaźń według tych dwojga, dla czytacza od razu bezsprzecznie to miłość.

Bohaterowie są całkiem różni od siebie. Emma – niepewna siebie (w każdym słowa znaczeniu) dwudziestokilkulatka stojąca u progu dorosłości; Dexter – zbyt pewny siebie, momentami wręcz arogancki, młody mężczyzna szukający przygód w życiu. Z różnych rodzin, obracający się w różnych kręgach towarzyskich, z różnymi spojrzeniami na przyszłość. Co ich łączy? Na to pytanie trudno odpowiedzieć, a jednak od początku zauważalna jest więź, jakieś pożądanie, namiętność wiszące między tym dwojgiem.
Wraz z biegiem lat następuje przemiana bohaterów; ona nabiera pewności siebie, on stacza się coraz niżej. Ich przyjaźń ma wzloty i upadki. Na pewien czas wręcz zrywają kontakty. Ale nawet wówczas każde myśli o tym drugim. Bo jak mówią o sobie sami bohaterowie: Em i Dex. Dex i Em. Razem. I rzeczywiście, gdy w końcu ulegają namiętności, nie potrafią nie być razem. Jednak finał ich historii zaskakuje czytelnika. Taka… życiowa na wskroś? Mankamentem było dla mnie to, że od momentu zakończenia ich historii a do momentu zakończenia samej powieści (czyli jakieś kilkadziesiąt stron) miałam wrażenie, że to pisanina na siłę. Zmęczyłam się przez ten krótki odcinek i zniechęciłam. Szkoda.
Jednak trzeba podkreślić, że Nicholls wygrywa na pewno konstrukcją powieści, kreacją bohaterów, którzy są barwni, wciąż ulegają przemianom. Są prawdziwi, a ich historia do pewnego momentu nie trąci naiwnością.

To na pewno nie jest powieść cukierkowa. Bo wiele w niej bólu, rozczarowań, wątpliwości. Na pewno jest to książka, której lektura przynosi zastanowienie. Nad tym jak łatwo dać czemuś dobremu wymknąć się z rąk. Jak z własnej głupoty czy strachu można rozminąć się ze szczęściem. Choć zawsze pozostaje nadzieja, że los czy cokolwiek nie pozwoli, by to najważniejsze uciekło.
Jeden dzień Nichollsa określiłabym jako dobre czytadło na jakiś deszczowy lub wietrzny dzień.

David Nicholls Jeden dzień, Świat Książki, Warszawa 2011.

5 września 2012

Miłość i zdrada według kobiety


Za każdym razem gdy czytam książkę, której tematem jest miłość, zastanawiam się nad fenomenem podejmowanej tematyki i zawsze obawiam się, że autor nie podoła i ulegnie tandecie lub czemuś, co już gdzieś było. Niemniej z reguły trafiam na książki, w których autorom udaje się ten najważniejszy w życiu człowieka temat odświeżyć. Z kolei Anna Janko w swojej nowej powieści wnosi coś nowego.

Główna bohaterka Pasji według św. Hanki jest znaną z wcześniejszej Dziewczyny z zapałkami kobietą, żoną, matką. Staje się kochanką. I cała historia ukazuje kreację bohaterki zagubionej, szamoczącej się między tym, co czuła do męża, a tym co czuje do Mata. Gdyby określić tematykę w kilku słowach, napisałabym między innymi: historia dokonywania wyboru. Bo Hanka opowiada o tym, jak dokonywała wyboru i nie była to chwila a proces. To lawirowanie między uczuciami a rozsądkiem i wciąż pojawiającymi się pytaniami. Jak zadecydować o odejściu od człowieka, z którym spędziło się tyle lat? Jak postanowić o rozbiciu dwóch rodzin (Mat również nie jest człowiekiem wolnym)? Jak poradzić sobie z konsekwencjami, które w końcu dopadają zakochanych? Jak nie zepsuć czegoś, co jest budowane na zgliszczach dwóch innych miłości?

Bohaterka szuka w języku określeń istoty miłości, pożądania, cielesności, seksu. Przygląda się słowom, sobie, kochankowi, mężowi, otoczeniu. Okazuje się, że miłość to bezlitosny żywioł. Zabiera wszystko po drodze, pochłania tak szybko, że zakochani nie mają czasu, by się zastanowić lub zaprotestować. Bohaterka zauważa, że „miłość chodzi po ludziach i szuka kochanków” i nie patrzy, czy się na to zgadzają, czy są w dobrym momencie życia, aby ją przyjąć.

Poza tym Janko udało się ukazać, że na zdradę nie można patrzeć w wymiarze czarno-białym. Czytając historię Hanki, nie ma się ochoty jej napiętnować. Czytelnik widzi jak potężnym żywiołem jest miłość i jak niedaleko niej może się błąkać zdrada.

Hanka, niespełniona poetka, próbuje przyjrzeć się zarówno zdradzie jak i miłości. Okazuje się, że istotą miłości jest głód – głód wszystkiego: dotyku, spojrzenia, aprobaty, pewności. A zdrada? Cóż, „zakochany człowiek nie ma sumienia” i to najpełniej i jednocześnie niepełnie określa charakter zdrady.
Bo ostatecznie powieść Anny Janko powoduje pojawienie się wielu pytań o potęgę miłości, sumienie zdradzającego, (nie)możliwość rozsądnego podejścia do pojawiających się uczuć i okazuje się, że nie ma pełnych odpowiedzi.

Anna Janko, Pasja według św. Hanki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

12 sierpnia 2012

Być kobietą w czasach Montgomery


Człowiek to taka śmieszna istota, która ulega sentymentom. I ja mam czasem takie chwile słabości, a jedną z nich było sięgnięcie po Anię z Wyspy Księcia Edwarda. Jako może dziesięcioletnia dziewczynka przeczytałam całą serię opowiadającą o perypetiach rudowłosej bohaterki. I choć już wówczas coś mi się w tym wszystkim nie podobało, to pochłonęła mnie ta historia spisana w iluś tam tomach. Jako całkiem dorosły człowiek odkurzyłam któregoś razu cały cykl i weszłam do świata Ani raz jeszcze. I poczułam się rozczarowana. Co się stało z tą magią? Co się stało z tą marzycielką? Marzycielka pozostała przez dwa, góra trzy tomy. Niezależna buntowniczka przez jakiś jeden. Okazało się, że Ania zmieniła się w kobietę, która bez mężczyzny obok niczego by nie znaczyła. Smutne. I swój smutek mogłam kontynuować podczas czytania ostatniego tomu.

Zanim jednak zacznę ubolewać nad kreacją kobiecych postaci w Ani z Wyspy Księcia Edwarda (za polski tytuł zresztą należałaby się komuś nagroda w kategorii „najgorszy tytuł roku”), to trochę o całości. Otóż, mylne jest twierdzenie, że powieść ta jest ostatnim tomem przygód Ani. Bohaterka pojawia się raczej rzadko. Albo jest wspominana przez licznych bohaterów, albo (i jest to najsłabsza część książki) występuje w roli recytatorki własnych wierszy oraz wymienia uwagi z Gilbertem i resztą mieszkańców Złotego Brzegu. Dialogi są sztuczne, wydają się być stworzone jakby na siłę, a wiersze do mnie nie trafiły. I przyznam, że po którymś wieczorku poetyckim po prostu przelatywałam wzrokiem tych kilka stron i zmierzałam ze spokojnym sumieniem dalej na spotkania z mieszkańcami Wyspy Księcia Edwarda.

A historie są różne, choć właściwie większość dotyczy miłości. I co może wydawać się dziwne, te szczęśliwe zakończenia wzbudzały raczej we mnie irytację. Cóż, baśnie o rycerzach ratujących księżniczki w dzisiejszym świecie zdezaktualizowały się. Przynajmniej dla mnie. I to chyba mój główny zarzut dla całej serii powieści – dezaktualizacja. Cały cykl jest przykładem literatury, która nie wytrzymuje próby czasu i zapewne również przestrzeni. Z perspektywy czasu (i uzyskania przeze mnie jakiejś tam dojrzałości) okazuje się, że wiele historii jest zwyczajnie naiwnych, a zakończenia zbyt łatwe, zbyt przewidywalne. Ale być może czepiam się, tu czy tam lubię komplikować różne sprawy – dlaczego w trakcie lektury miałabym zatem godzić się na łatwiznę?!

Jeśli chodzi o kobiece postaci, bo to im przyglądałam się ze szczególną uwagą, to spotkało mnie ogólne rozczarowanie. I bynajmniej nie winię autorki – żyła w takich czasach, w jakich żyła i nie udało się jej wyjść poza narzucane schematy, konwencje (choć w przypadku na przykład powieści Austen nie mam takich przykrych odczuć jak tu). Ania, początkowo inna, trochę buntująca się, spełniająca w pisarstwie, wychodzi za mąż i jakby normalnieje (w złym słowa znaczeniu). Czytając historie w tym ostatnim tomie, miałam nieznośne uczucie, że wszystkie opisywane kobiety muszą być z jakimś mężczyzną, bo inaczej sobie nie poradzą. No, ewentualnie staną się zgorzkniałymi lub zdziwaczałymi starymi pannami. I tak mamy tu historię Penelope, która adoptuje chłopca. Zgodnie z przewidywaniami wszystkich samotna kobieta nie daje sobie rady, kapituluje i poślubia od lat adorującego ją doktora. Przykładów tego typu można mnożyć. Jest też Alice, kobieta chora psychicznie, mszcząca się na swoich krewnych w dość perfidny sposób. Lekiem na jej chorobę jest oczywiście mężczyzna, który po latach wraca do miasteczka tylko po to, aby ją poślubić. Okazuje się zatem, że małżonek może być bardzo prawdopodobnym lekarstwem na chorobę psychiczną! Natomiast kobiety, których nikt nie chciał (bo taki wydźwięk ma większość opisanych historii) żyją zazwyczaj z siostrą lub ciotką, ewentualnie przy całej rodzinie i robią za służące. Gdy umierają, jak w przypadku Ursuli, okazuje się, że ostatnim wspomnieniem jest nie do końca szczęśliwa miłość do jakiegoś mężczyzny… Smutne to trochę i cieszę się, że nie żyję w tamtych czasach. Trudno tu jednak winić autorkę za moje rozczarowanie. W końcu, jak już wspominałam, opisywała jedynie rzeczywistość, w której żyła i być może z tego względu jest to dobra okazja do skonfrontowania obecnej i ówczesnej kreacji bohaterek.

Mylne byłoby jednak stwierdzenie, że Ania z Wyspy Księcia Edwarda (naprawdę irytujący tytuł) to książka z optymistycznymi zakończeniami. Owszem, kochankowie w większości przypadków padają sobie do znudzenia w ramiona, ale znajdą się też bohaterowie wredni, nieuczciwi, pazerni. Pojawia się również historia dwóch wojen światowych, choć zajmuje raczej trzeci plan. Są cudzołożnicy, dzieci z nieprawego łoża, rodzinne awantury. Ale te czarne chmury na błękitnym niebie nie zebrały się nad Wyspą Księcia Edwarda tylko w tym tomie – w całym cyklu uważny czytelnik dostrzeże to pesymistyczne (czy według mnie realistyczne) spojrzenie autorki. I może to właśnie dzięki temu mam jakiś tam sentyment do tych książek.

Cóż, wyrosłam z serii o Ani, może ze względu na czasy, w jakich żyję; może ze względu na własne doświadczenia. W końcu świadoma lektura odbywa się w jakimś stopniu również za pomocą porównań z własnymi przeżyciami. Choć obawiam się, że seria o rudowłosej bohaterce zwyczajnie nie pasuje do naszych czasów – zdezaktualizowała się, jak to czasem bywa z książkami pisanymi w konkretnej epoce rządzącej się innymi prawami niż nasza.

Lucy Maud Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, przeł. P. Ciemniewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

30 lipca 2012

Dobre duchy francuskiej oberży

Według mnie dobra powieść zaczyna się wtedy, gdy autor wprowadza czytacza w niemal środek historii, a ten od razu czuje się jak w domu. Nieważne, że o wielu sprawach dowiaduje się później lub wcale. Bardziej chodzi o przedostanie się do innego świata – podobnego do naszego, ale z innymi ludźmi, którzy mają podobne, ale inne problemy, czują podobnie, ale jednak inaczej. Czytanie takiej książki to przeżywanie innego życia – czasem lepszego, czasem gorszego, co ważniejsze innego.  

Powieścią na pół dnia jest Francuska oberża Julii Stagg. Kolejne czytadło, które może nie porywa bez pamięci, ale przenosi do innego świata. Czytacz zostaje od razu zapoznany z grupką bohaterów, którzy niebawem odegrają ważną rolę w życiu dwojga Anglików. Śmiałkowie odważyli się przyjechać do Francji z zamiarem prowadzenia zakupionej oberży. Nie podoba się to merowi miasteczka, który chciał zdobyć lokal dla siebie. Jest to oczywiście początkiem intrygi, którą Serge knuje i stara się wprowadzić w życie wydawałoby się spokojnej francuskiej gminy.

Spodobało mi się również to, że para – Paul i Lorna – nie pojawia się od razu na pierwszych stronach. Najpierw słucha się ocen francuskich mieszkańców, którzy kierując się stereotypami, są przerażeni widmem najazdu Anglików. To małomiasteczkowe uleganie schematom nie działa jednak negatywnie na odbiór bohaterów. Od razu czuje się sympatię do Josette – starszej sklepikarki, która rok temu straciła męża i stara się sama prowadzić sklep. Mer miasteczka, Serge, wzbudzał raczej moją litość – nawet nie złość. To starszy mężczyzna nieco zagubiony w swoich intrygach, przeżywający w samotności umieranie żony. Śmieszy postać Pascala, zastępcy mera, będącego pod pantoflem żony. Mężczyzna nie potrafi podjąć żadnej decyzji bez konsultacji z małżonką, a jeśli już jest zmuszony do działania bez podpowiedzi Fatimy, zwyczajnie mu nic nie wychodzi. Stephanie to chyba moja ulubienica. Silna kobieta wychowująca samotnie córkę, marząca skrycie o mężczyźnie przy boku. Nawet jeden jest w pobliżu, ale gdy okazuje się, że to nie z nią chce być, Stephanie znosi to ze spokojem. Jak sama mówi, ma cygańską krew, ale mimo to znalazła miejsce na ziemi i walczy, by w nim zostać. Ma w sobie troszkę z czarownicy i mimo swoich problemów pomaga w rozwiązywaniu tych, które przeżywają Anglicy. Jest też para Veronique i Christian. Wydaje się, że od dawna między nimi iskrzy, ale żadne nie ma odwagi zrobić kroku do czegoś poważniejszego. Ostatecznie, gdy dochodzi do wypadku i Veronique ciężko ranna przebywa w szpitalu, Christian zaczyna bardziej stanowczo starać się o ukochaną i wydaje się, że jest to dla niego ostatnia szansa. W dość schematyczny i może nieco naciągany sposób autorka wydaje się grozić palcem tym, którzy jak Christian ignorują szczęście. Historię Anne - matki Veronique - poznajemy wraz z rozwojem akcji powieści. Kobieta ma możliwość zemsty na merze za doznane kilkadziesiąt lat temu upokorzenia, ale... o tym, czy wykorzysta tę okazję, zainteresowany czytacz musi przekonać się sam.

We Francuskiej oberży pojawia się jeszcze jeden bohater, którego trudno nazwać człowiekiem ze względu na stan, w jakim się znajduje. To Jacques, zmarły mąż Josette. Wciąż przebywa w sklepie, a widzi go tylko jego żona. Bardzo się przejmuje tym, że mieszkańcy myślą tylko o własnych interesach, że zanika gdzieś poczucie jedności, wspólnoty. Jak przystało na ducha czasem coś zmajstruje - a to poruszy firanką w bezwietrzny dzień, a to podpali kartkę wystającą z kieszeni mera... Jednak najważniejszą wydaje się być opieka nad żoną - to dzięki jego nieobecnej obecności Josette ma odwagę, by walczyć z merem.

Powieść może nie najwyższych lotów, ale wygrywa wyrazistymi, niemal żywymi, postaciami. Poza tym czasem dobrze jest poczytać historię z dobrym zakończeniem. 

Julia Stagg, Francuska oberża, przeł. M. Słysz, Świat Książki, Warszawa 2011.

28 lipca 2012

Kryminał, który nie mrozi

Czasem mam nastrój na dobrą powieść kryminalną. Tak było tym razem, gdy sięgnęłam po zakupioną kilka miesięcy temu powieść Nim nadejdzie mróz Mankella. Autora nie znałam, choć podobno genialny szwedzki pisarz. Po przeczytaniu mam mieszane uczucia. Niby wątek kryminalny jest. Niby trup się ściele. Niby akcja jest. A momentami zmuszałam się do czytania, nie wciągnęło jak to zwykle przy tego rodzaju gatunku u mnie bywa.

W Nim nadejdzie mróz pojawia się, jak wyczytałam, znany z wcześniejszych powieści autora szwedzki policjant Kurt Wallander. Człowiek wzbudzający moją sympatię swoim wnikliwym umysłem i cholerycznym charakterem. Jednak główną bohaterką jest jego córka – Linda – prawie policjantka. Prawie, ponieważ czeka na rozpoczęcie pracy i to oczekiwanie znosi dość niecierpliwie. Na pomoc przychodzi jej szereg wydarzeń, które zmuszają Lindę do uczestnictwa w śledztwie prowadzonym przez ojca. Mam jednak wrażenie, że autor albo nie do końca poznał psychikę kobiet, albo nie potrafi jej przekonująco przedstawić, chociażby kreując postać Lindy, która, poza irytowaniem mnie, wydawała się dość płytka. Zabawa w tworzenie portretów psychologicznych nie bardzo udana.

Jako że powieść należy do gatunku kryminału, to znajdą się tu morderstwa, śledztwo, zaginięcie Anny, a później Zebry – przyjaciółek Lindy. Za wszystko Mankell postanowił obwinić fanatycznego przywódcę sekty religijnej i jednocześnie ojca Anny – niejakiego Eryka. Problem w tym, że ta historia, owszem momentami przerażająca i brutalna, nie wciągnęła, nie zaintrygowała, nie zszokowała. Może przez przejedzenie tematem (co ciekawe oryginał został wydany w okolicach 2002 roku, a to tłumaczenie na polski dopiero ukazało się kilka miesięcy temu), a może sam sposób prowadzenia narracji momentami nudzi i nie sprawia, że czyta się tę powieść z wypiekami na twarzy, obgryzając z przerażenia paznokcie. Cóż, innym razem… Może.

Henning Mankell, Nim nadejdzie mróz, przeł. E. Wojciechowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2012.

24 lipca 2012

Portugalskie namiętności z historią w tle


Lubię w podróże zabierać ze sobą czytadła. Tym razem nie bez powodu wybór padł na powieść Any Veloso. Bądź zdrowa, Lizbono osadzona przestrzennie oczywiście w Portugalii to historia czterech pokoleń dwóch rodzin. Ich los połączyła para – Jujú i Fernando. Ona z bogatej rodziny, on z biednej i jak to czasem bywa początkowa przyjaźń przeradza się w miłość.

Autorka zbudowała dość wiarygodne postaci. Niemal wszyscy bohaterowie mają złożone osobowości, nie dokonują jednoznacznych wyborów, a i ich uczucia bywają sprzeczne. Tak też jest z  Jujú, która oddając się Fernandowi i zachodząc w ciążę, wybiera na męża innego - mężczyznę z bogatego domu. I ta sytuacja jest niejednoznaczna – nie wiedząc, czyje dziecko urodzi, wybiera mniejsze, w jej pojęciu, zło. Losy tych dwojga rozdzielają się tak naprawdę tylko po to, by złączyły się za jakiś czas. Od momentu kolejnego spotkania stają się kochankami i ich romans trwa kilkadziesiąt lat, aż do śmierci kobiety.

Motyw miłości jednak nie dotyczy tylko wspomnianych wcześniej postaci. Tak naprawdę to właśnie z miłości Veloso uczyniła głównego bohatera swojej powieści. Ukazuje jak potężne, zaborcze, trudne, ale i zdradliwe bywa to uczucie. Inną parą poznającą siłę miłości są Laura, córka Fernanda i Jujú, oraz uciekający z Niemiec Żyd – Jacob. Tych dwoje los łączy z kolei na chwilę, by mógł urodzić się Ricardo, kolejny bohater miłosnej sagi. Jako nastolatek poznaje Marisę, ale i ta historia ma wiele zwrotów akcji. Dwoje ludzi ciągnie do siebie, by jedno to drugie odepchnęło. I tak mogłoby się wydawać będzie bez końca, ale ostatecznie tu następuje happy end.

Charakterystyczna dla większości bohaterów tej rodzinnej sagi jest ich buntowniczość. To postaci złożone, o silnych osobowościach, buntujące się przeciw utartym schematom, drugiemu człowiekowi, czy przeciwnościom jakie rzuca człowiekowi los. Bohaterowie muszą podejmować niełatwe decyzje, a często ich wybory są niejednoznaczne do ocenienia.

Powieść dość dobrze się czyta, choć ostatnie kilkadziesiąt stron wydaje się być pisana w pośpiechu, autorka daje się ponieść raczej schematycznym rozwiązaniom. Można jednak przymknąć na to oko.  Bądź zdrowa, Lizbono z pewnością wygrywa prawdziwymi opisami różnych rejonów Portugalii, toczącą się w tle historią jak i namiętnościami, które dotykają bohaterów w różnych momentach życia.

Ana Veloso, Bądź zdrowa, Lizbono, przeł. M. Jatowska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2010.