Dawno, dawno temu... przechodząc obok uniwersyteckiej księgarenki zamachała do mnie książka. Jej tytuł brzmiał: "Po prostu razem". Skoro do mnie kiwała literami, nie mogłam zostać obojętna i zakupiłam powieść Anny Gavaldy, a w domu się zaczytałam.
Tak naprawdę nie można powiedzieć krótko, o czym jest książka. O przyjaźni? O dziwactwach? O starości? O pożądaniu? O miłości? O pokonywaniu słabości? O trudnych relacjach dorosłe dzieci - rodzice? O...?
Poznajemy tu świat troszkę znerwicowanej i tajemniczej na początku Camille; chwilę później pojawia się gburowaty mistrz kuchni - Frank oraz jego przesympatyczna babcia Paulette. Poznajemy też zakompleksionego, zdziwaczałego i jakby przybyłego z innej epoki Philiberta.
Co łączy tych czworo ludzi? Turbulencje życiowe, a później jedno paryskie mieszkanie.
Początkowo narracja może czytacza odstraszyć. Dość trudno wejść w świat tej powieści, ale warto się potrudzić chwilę, by zostać zwyczajnie oczarowanym.
Okazuje się bowiem, że czworo obcych i tak kontrastowych ludzi może się polubić, pokochać i stworzyć rodzinę.
Lubię wracać do tej powieści, ponieważ za każdym razem oczarowuje mnie inna historia. Za pierwszym razem najbardziej koncentrowałam się na relacji Franka i Camille. Ostatecznie oczywiście łączy ich uczucie (i miłym zaskoczeniem dla czytacza może być fakt, że przemykają oni w innej powieści tej autorki), ale jest to miłość szorstka, pełna namiętności, ale też zwykłego lubienia się. Choć ta sympatia właśnie skrywana jest pod skorupą najpierw niechęci, a następnie udawanej obojętności. Lubię takie szorstkie uczucia. I przyznam, że zazdroszczę Camille tego Franka - niby gburowatego, a w duszy troskliwego.
Gdy czytałam po raz kolejny "Po prostu razem", skoncentrowałam się na relacji Franka i jego babci. Starsza pani, gdy łamie sobie biodro, może liczyć jedynie na swojego wnuka. Niestety on, aby paradoksalnie zaopiekować się babcią, nie może jej do siebie wziąć, ani nie może z nią zamieszkać. Paulette wobec tego zostaje umieszczona w domu opieki i bardzo jej z tym źle. Frank co tydzień ją odwiedza, ale nie jest to wystarczające. I trudno się dziwić starszej pani. Ostatecznie zostaje wręcz porwana przez troje bohaterów do paryskiego mieszkania, a później razem z Camille zamieszkuje w swoim domu. Jak toczą się dalej losy babci Franka, nie powiem. Ale jest to ciepła, wzruszająca opowieść.
Uwagę zwraca również wywodzący się z arystokracji Philibert. Ten dziwny młody mężczyzna na kartach tej powieści toczy bój nie tylko z sobą, ale i z rodziną. Walczy o siebie, o wyrażanie siebie, o akceptację swojej osoby. I wychodzi z tej wojny zwycięsko, a każdy kto podczas czytania trzymał kciuki za tego bohatera, uśmiecha się, czytając ostatnie strony powieści Gavaldy.
Sposób prowadzenia narracji (i myślę, że duże ukłony należą się również tłumaczowi) sprawia, że te postaci stają przed oczami czytacza jak żywe, a zapachy gotowanych przez Franka potraw można niemal poczuć. Kiedy zaczyna się czytać tę powieść, nie można się oderwać. Dosłownie. Przenosi czytacza w inny świat - wcale nie lepszy, bo bohaterowie nie mają łatwego i przyjemnego życia. Mają jednak coś, czego czasem w prawdziwym życiu brakuje - spotykają na swojej drodze ludzi, którzy zaczynają być dla nich i stają się rodziną. Ta powieść pokazuje coś jeszcze bardzo istotnego - więzy krwi nie świadczą o byciu rodziną, o tym stanowi niewidzialna i tajemnicza nić, która na szczęście oplata wszystkich bohaterów od pierwszego spotkania...
Ważne informacje i terminy
11 kwietnia 2012
4 kwietnia 2012
Alzheimer w powieści - niemożliwe?
Są takie książki, które czyta się trudno. I powodem nie jest źle prowadzona narracja lub nudna historia, czy płytcy bohaterowie. Są takie książki, które przypominają nam o wydarzeniach z naszego życia. Kiedy usłyszałam o "Motylu" Lisy Genovy początkowo nie byłam pewna, czy chcę go przeczytać. Czasem trudno zmierzyć się jeszcze raz z pewnymi wspomnieniami, doświadczeniem czegoś nie do pojęcia. Powieść tej amerykańskiej pisarki opowiada o kobiecie mierzącej się z chorobą Alzheimera. Kilka lat temu Alzheimer niestety zawitał i do mojej rodziny. Było to trudne doświadczenie. I ten trud jest opisany w "Motylu".
Historia niby banalna. Pięćdziesięcioletnia kobieta nagle ma problemy z pamięcią. Nie może znaleźć kluczy, później gubi się i nie wie, jak wrócić do domu. Zapomina o służbowym wyjeździe. Lawina dziur pamięciowych zmusza ją do wizyty u lekarza. Po badaniach wyrok brzmi: Alzheimer. Banał, prawda?
Tylko to, co się dzieje później, banalne nie jest. Podczas czytania tej książki, wszystko do mnie wracało. Nocne wędrówki po mieście. Podpalenie siebie. Zalanie wodą mieszkania. Niewytłumaczalna agresja. Niepoznawanie miejsc. Niepoznawanie bliskich osób.
W "Motylu" ważna jest oczywiście sama Alice, bo tak ma na imię nasza bohaterka. Profesor na uniwersytecie, żona, matka, kobieta w kwiecie wieku. Nagle okazuje się, że nie wie, jak prowadzić zajęcia. Nagle przestaje być użyteczna na uczelni. Później przestaje być użyteczna w domu. Genova, kreując Alice w realistyczny sposób, bardzo dokładnie oddaje rozpadanie się osobowości, człowieczeństwa osoby chorej na Alzheimera. Autorka uświadamia czytelnikowi, że ta choroba to nie jest zwykłe zapominanie. Ta choroba odziera człowieka z godności, zabiera jemu wszystko, co posiadał, całe życie.
W tej powieści ważna jednak jest nie tylko główna bohaterka. Ważne jest też jej otoczenie - współpracownicy, rodzina. Początkowe niedowierzanie przeradza się w pytanie "I co dalej?". Genova uświadamia czytelnikowi, że Alzheimer w rodzinie to całkowite przewartościowanie życia absolutnie wszystkich. To radzenie sobie z powolnym traceniem kogoś bliskiego. Pisarka pokazuje, że Alzheimer w okrutny sposób traktuje nie tylko tego, którego dotyka bezpośrednio. Rodzina Alice musi nauczyć się bardzo szybko żyć z osobą poważnie chorą, z człowiekiem, którego osobowość znika z dnia na dzień.
"Motyla" czytałam w skupieniu, często odkładając książkę i wracając do wspomnień sprzed kilku lat. A po jego przeczytaniu mogę powiedzieć, że rozumiem więcej niż wtedy. To też przemawia za tą książką. Autorka wyjaśnia w dość przystępny sposób rozwój choroby, o której wciąż mało wie zwykły, szary człowiek. Poza tym tych, którzy mają szczęście i nie spotkali pana Alzheimera, z pewnością porazi gamą uczuć, szczegółowym studium osoby zmagającej się z tą chorobą. Na okładce mojego egzemplarza komentarz innego pisarza brzmi "boleśnie prawdziwa" i to najkrócej i najlepiej ocenia tę książkę.
Historia niby banalna. Pięćdziesięcioletnia kobieta nagle ma problemy z pamięcią. Nie może znaleźć kluczy, później gubi się i nie wie, jak wrócić do domu. Zapomina o służbowym wyjeździe. Lawina dziur pamięciowych zmusza ją do wizyty u lekarza. Po badaniach wyrok brzmi: Alzheimer. Banał, prawda?
Tylko to, co się dzieje później, banalne nie jest. Podczas czytania tej książki, wszystko do mnie wracało. Nocne wędrówki po mieście. Podpalenie siebie. Zalanie wodą mieszkania. Niewytłumaczalna agresja. Niepoznawanie miejsc. Niepoznawanie bliskich osób.
W "Motylu" ważna jest oczywiście sama Alice, bo tak ma na imię nasza bohaterka. Profesor na uniwersytecie, żona, matka, kobieta w kwiecie wieku. Nagle okazuje się, że nie wie, jak prowadzić zajęcia. Nagle przestaje być użyteczna na uczelni. Później przestaje być użyteczna w domu. Genova, kreując Alice w realistyczny sposób, bardzo dokładnie oddaje rozpadanie się osobowości, człowieczeństwa osoby chorej na Alzheimera. Autorka uświadamia czytelnikowi, że ta choroba to nie jest zwykłe zapominanie. Ta choroba odziera człowieka z godności, zabiera jemu wszystko, co posiadał, całe życie.
W tej powieści ważna jednak jest nie tylko główna bohaterka. Ważne jest też jej otoczenie - współpracownicy, rodzina. Początkowe niedowierzanie przeradza się w pytanie "I co dalej?". Genova uświadamia czytelnikowi, że Alzheimer w rodzinie to całkowite przewartościowanie życia absolutnie wszystkich. To radzenie sobie z powolnym traceniem kogoś bliskiego. Pisarka pokazuje, że Alzheimer w okrutny sposób traktuje nie tylko tego, którego dotyka bezpośrednio. Rodzina Alice musi nauczyć się bardzo szybko żyć z osobą poważnie chorą, z człowiekiem, którego osobowość znika z dnia na dzień.
"Motyla" czytałam w skupieniu, często odkładając książkę i wracając do wspomnień sprzed kilku lat. A po jego przeczytaniu mogę powiedzieć, że rozumiem więcej niż wtedy. To też przemawia za tą książką. Autorka wyjaśnia w dość przystępny sposób rozwój choroby, o której wciąż mało wie zwykły, szary człowiek. Poza tym tych, którzy mają szczęście i nie spotkali pana Alzheimera, z pewnością porazi gamą uczuć, szczegółowym studium osoby zmagającej się z tą chorobą. Na okładce mojego egzemplarza komentarz innego pisarza brzmi "boleśnie prawdziwa" i to najkrócej i najlepiej ocenia tę książkę.
28 marca 2012
Magiczna literatura dla młodzieży
Dawno, dawno temu byłam przeciwniczką fantastyki jakkolwiek pojętej. Później za sprawą pewnego człowieka przekonałam się do Pratchetta, a ostatnio dzięki uczennicy wciągnęłam się w cykl powieści dla młodzieży. Autorką jest Michelle Harrison. Tytuły są dwa: "13 skarbów" oraz "13 zaklęć". Kiedy wspominam moje feryjne czytanie z wypiekami na twarzy, to aż się uśmiecham. Minęło sporo czasu, gdy książki przeznaczone dla młodszych czytelników mnie tak zaintrygowały, zainteresowały.
Obie części mają tę samą główną bohaterkę - Tanję, dziewczynkę posiadającą niezwykły dar widzenia wróżek. W "13 skarbów" nastolatka przyjeżdża do babci, która mieszka w wielkim domu. Do tej pory dziewczynka nie miała spokoju - małe, magiczne istoty okazują się w tej powieści być stworzeniami złośliwymi, skorymi do czynienia psot. Tanja miała nadzieję, że w domu babki odpocznie od przygód z wróżkami, ale się rozczarowała. Nie dość, że złośliwe stworzenia przydreptały za nią, to natyka się na całe chmary wróżek. Najgorszy jest las rosnący sobie spokojnie niedaleko domu babki.
Nie byłoby książki dla dzieci bez wątku przyjaźni, pierwszego zauroczenia. Tanja poznaje tu Fabiana, który pomaga jej rozwikłać zagadkę zaginionej pół wieku temu dziewczynki. Pojawia się również harda Red. Wyrazista i budząca sympatię postać.
Druga część "13 zaklęć" to oczywiście kontynuacja przygód Tanji, Fabiana i Red. Młodzi bohaterowie muszą się zmierzyć z nie lada wyzwaniem - mają odnaleźć 13 breloczków rozsypanych przez złośliwą wróżkę. Tylko dzięki temu Fabian odzyska ojca, który utknął w równoległym królestwie wróżek. A mimo przyjemnej nazwy nie jest to miejsce, w którym chciałoby się przebywać dłużej niż minuta.
Nie będę opisywała przygód nastolatków, bo książki są po to, by je czytać. Jednak te powieści na pewno są w pewien sposób wartościowe. Jest tu walka dobra ze złem. Można obserwować zawiązywanie się przyjaźni. W ciekawy sposób została też ujęta problematyka relacji między dorosłymi a dziećmi. Poza tym podobało mi się to, że nic w tych książkach nie jest jednoznaczne, czarno-białe. Młodzi czytelnicy widzą, że w życiu nic nie jest czarno-białe. Nie mówiąc już o tym, że te książki pokazują, że nie trzeba być dzieckiem, by wierzyć w magię. Jakkolwiek pojętą.
Podczas czytania belfersko pomyślałam, że takie książki spokojnie mogłyby być lekturami szkolnymi. Nie zanudziłyby uczniów, a byłoby co omawiać.
Jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od szarej, przytłaczającej może rzeczywistości, polecam te powieści. W bardzo szybkim tempie zabierają czytelnika w świat wróżek, magii, przyjaźni i miłości.
Obie części mają tę samą główną bohaterkę - Tanję, dziewczynkę posiadającą niezwykły dar widzenia wróżek. W "13 skarbów" nastolatka przyjeżdża do babci, która mieszka w wielkim domu. Do tej pory dziewczynka nie miała spokoju - małe, magiczne istoty okazują się w tej powieści być stworzeniami złośliwymi, skorymi do czynienia psot. Tanja miała nadzieję, że w domu babki odpocznie od przygód z wróżkami, ale się rozczarowała. Nie dość, że złośliwe stworzenia przydreptały za nią, to natyka się na całe chmary wróżek. Najgorszy jest las rosnący sobie spokojnie niedaleko domu babki.
Nie byłoby książki dla dzieci bez wątku przyjaźni, pierwszego zauroczenia. Tanja poznaje tu Fabiana, który pomaga jej rozwikłać zagadkę zaginionej pół wieku temu dziewczynki. Pojawia się również harda Red. Wyrazista i budząca sympatię postać.
Druga część "13 zaklęć" to oczywiście kontynuacja przygód Tanji, Fabiana i Red. Młodzi bohaterowie muszą się zmierzyć z nie lada wyzwaniem - mają odnaleźć 13 breloczków rozsypanych przez złośliwą wróżkę. Tylko dzięki temu Fabian odzyska ojca, który utknął w równoległym królestwie wróżek. A mimo przyjemnej nazwy nie jest to miejsce, w którym chciałoby się przebywać dłużej niż minuta.
Nie będę opisywała przygód nastolatków, bo książki są po to, by je czytać. Jednak te powieści na pewno są w pewien sposób wartościowe. Jest tu walka dobra ze złem. Można obserwować zawiązywanie się przyjaźni. W ciekawy sposób została też ujęta problematyka relacji między dorosłymi a dziećmi. Poza tym podobało mi się to, że nic w tych książkach nie jest jednoznaczne, czarno-białe. Młodzi czytelnicy widzą, że w życiu nic nie jest czarno-białe. Nie mówiąc już o tym, że te książki pokazują, że nie trzeba być dzieckiem, by wierzyć w magię. Jakkolwiek pojętą.
Podczas czytania belfersko pomyślałam, że takie książki spokojnie mogłyby być lekturami szkolnymi. Nie zanudziłyby uczniów, a byłoby co omawiać.
Jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od szarej, przytłaczającej może rzeczywistości, polecam te powieści. W bardzo szybkim tempie zabierają czytelnika w świat wróżek, magii, przyjaźni i miłości.
26 marca 2012
Odkurzanie
Po niemal roku przerwy postanowiłam wrócić do pisania na polskowieniu. Już nie dla uczniów - może kiedyś...? Niedawno pewna osoba zwróciła uwagę, że tyle czytam, oglądam trochę filmów, więc dlaczego nie dzielić się tym z innymi?
Jest jeszcze jeden powód - zbyt długo oszczędzałam słowa. Czas się wypisać. Rzekłabym, że troszkę zBiałoszewszczałam, ale nie chcę się porównywać do Mistrza.
A jeśli już o nim mowa. Moją główną lekturą od dwóch tygodni jest "Tajny dziennik" Białoszewskiego. Póki co wgryzam się - tak to już z tym autorem jest. Trzeba się wgryźć. I oniemieć.
Na pewno i o nim napiszę. Póki co odkurzam z pajęczyn polskowienie. I mrowienie palców. I dusza polonistyczna na wskroś przestępuje z nogi na nogę, bo doczekać się nie może.
Jest jeszcze jeden powód - zbyt długo oszczędzałam słowa. Czas się wypisać. Rzekłabym, że troszkę zBiałoszewszczałam, ale nie chcę się porównywać do Mistrza.
A jeśli już o nim mowa. Moją główną lekturą od dwóch tygodni jest "Tajny dziennik" Białoszewskiego. Póki co wgryzam się - tak to już z tym autorem jest. Trzeba się wgryźć. I oniemieć.
Na pewno i o nim napiszę. Póki co odkurzam z pajęczyn polskowienie. I mrowienie palców. I dusza polonistyczna na wskroś przestępuje z nogi na nogę, bo doczekać się nie może.
22 kwietnia 2011
O literaturze podróżniczej
Dobry wieczór, Czytacze.
Ostatnio sięgam coraz częściej po literaturę podróżniczą. Podróże to moja pasja, choć jeszcze niespełniana należycie. Niemniej czytaniu o wojażach innych nic nie przeszkadza.
Na studiach zetknęłam się z twórczością Ryszarda Kapuścińskiego, którego "Heban" zachwycił i pozostawił w fascynacji autorem, jak i opisanymi w książce miejscami.
Później za sprawą bliskiej mi osoby sięgnęłam po Cejrowskiego "Rio Anacondę". Kolejne chwile zachwytu, śmiechu, zadziwienia. Przeczytałam również kilka książek podróżniczych Beaty Pawlikowskiej.
Wymienionych autorów łączy lekkość pisania. Swoista wyrazistość, która porywa czytelnika od pierwszych stron. Dzięki temu można przenieść się w opisywane światy i poczuć choć część atmosfery przygód, przeżyć autorów. Te książki z pewnością wzbudzały we mnie refleksje dotyczące świata w ogóle. A tego szukam w literaturze - pobudzania do obserwacji, do wyciągania wniosków.
Ostatnio przeczytałam "Rowerem do Indii" Adama Chałupskiego. Może nie pisze tak wyraziście jak wyżej wymienieni autorzy, ale w pewien sposób pobudził wyobraźnię. A na pewno wzbudził szacunek swoją podróżą, którą opisuje we wspomnianej książce.
Post ten jednak nie jest próbą recenzji żadnej ze wspomnianych książek. Pomyślałam, że tak jak literatura podróżnicza opisuje podróże w różne części świata, tak ten wpis będzie oznajmieniem przewidywanego końca mojej podróży.
Kończę prowadzić polskowienie. Jest ono związane z moją podróżą w świat nauczania. Przez prawie dwa lata mogłam choć przez chwilę poczuć, że spełnia się marzenie mojego życia. Przez dwa lata starałam się choć trochę zarazić moich uczniów światem, który mnie fascynuje. Przez prawie dwa lata dokonywałam wpisów tu. Najpierw dla uczniów, później dla siebie i byłych uczniów - o ile tu zaglądają.
Możliwe, że poprawność językowa niektórych wpisów nie jest perfekcyjna. Były spisywane w pośpiechu, czasem dyktowane przez emocje. Możliwe, że nie przydadzą się nikomu. Niemniej pamiętam, że polskowienie w jakimś stopniu istniało w życiu szkolnym moich gimnazjalistów. I cieszę się, że ten eksperyment nie zakończył się totalnym fiaskiem.
Niestety każda podróż zawsze dobiega końca. Coraz częściej pojawia się myśl, że to mój ostatni rok pracy w szkole. I bynajmniej nie zwątpiłam, że to jest moja droga, pasja, coś co kocham. Rzeczywistość czasem dokonuje za nas wyborów. Zmusza do podejmowania decyzji, które powodują wewnętrzne rozdarcie. Coraz częściej zastanawiam się co dalej. Coraz częściej zadaję sama sobie pytanie "dokąd teraz?". Cokolwiek się wydarzy, nadszedł czas pożegnać polskowienie.
Dziękuję przede wszystkim moim gimnazjalistom - to dzięki Wam istniało to miejsce.
Pozdrawiam i życzę pięknych życiowych podróży...
Ostatnio sięgam coraz częściej po literaturę podróżniczą. Podróże to moja pasja, choć jeszcze niespełniana należycie. Niemniej czytaniu o wojażach innych nic nie przeszkadza.
Na studiach zetknęłam się z twórczością Ryszarda Kapuścińskiego, którego "Heban" zachwycił i pozostawił w fascynacji autorem, jak i opisanymi w książce miejscami.
Później za sprawą bliskiej mi osoby sięgnęłam po Cejrowskiego "Rio Anacondę". Kolejne chwile zachwytu, śmiechu, zadziwienia. Przeczytałam również kilka książek podróżniczych Beaty Pawlikowskiej.
Wymienionych autorów łączy lekkość pisania. Swoista wyrazistość, która porywa czytelnika od pierwszych stron. Dzięki temu można przenieść się w opisywane światy i poczuć choć część atmosfery przygód, przeżyć autorów. Te książki z pewnością wzbudzały we mnie refleksje dotyczące świata w ogóle. A tego szukam w literaturze - pobudzania do obserwacji, do wyciągania wniosków.
Ostatnio przeczytałam "Rowerem do Indii" Adama Chałupskiego. Może nie pisze tak wyraziście jak wyżej wymienieni autorzy, ale w pewien sposób pobudził wyobraźnię. A na pewno wzbudził szacunek swoją podróżą, którą opisuje we wspomnianej książce.
Post ten jednak nie jest próbą recenzji żadnej ze wspomnianych książek. Pomyślałam, że tak jak literatura podróżnicza opisuje podróże w różne części świata, tak ten wpis będzie oznajmieniem przewidywanego końca mojej podróży.
Kończę prowadzić polskowienie. Jest ono związane z moją podróżą w świat nauczania. Przez prawie dwa lata mogłam choć przez chwilę poczuć, że spełnia się marzenie mojego życia. Przez dwa lata starałam się choć trochę zarazić moich uczniów światem, który mnie fascynuje. Przez prawie dwa lata dokonywałam wpisów tu. Najpierw dla uczniów, później dla siebie i byłych uczniów - o ile tu zaglądają.
Możliwe, że poprawność językowa niektórych wpisów nie jest perfekcyjna. Były spisywane w pośpiechu, czasem dyktowane przez emocje. Możliwe, że nie przydadzą się nikomu. Niemniej pamiętam, że polskowienie w jakimś stopniu istniało w życiu szkolnym moich gimnazjalistów. I cieszę się, że ten eksperyment nie zakończył się totalnym fiaskiem.
Niestety każda podróż zawsze dobiega końca. Coraz częściej pojawia się myśl, że to mój ostatni rok pracy w szkole. I bynajmniej nie zwątpiłam, że to jest moja droga, pasja, coś co kocham. Rzeczywistość czasem dokonuje za nas wyborów. Zmusza do podejmowania decyzji, które powodują wewnętrzne rozdarcie. Coraz częściej zastanawiam się co dalej. Coraz częściej zadaję sama sobie pytanie "dokąd teraz?". Cokolwiek się wydarzy, nadszedł czas pożegnać polskowienie.
Dziękuję przede wszystkim moim gimnazjalistom - to dzięki Wam istniało to miejsce.
Pozdrawiam i życzę pięknych życiowych podróży...
10 kwietnia 2011
przed egzaminem
(Nie)moim, drogim trzecioklasistom życzę powodzenia na zbliżających się egzaminach.
Trzymam za Was kciuki! :)
Trzymam za Was kciuki! :)
21 marca 2011
O piątkowym "Czarnym Czwartku"
Dzień dobry, Czytacze.
Zastanawiam się czy moi byli uczniowie byli już na "Czarnym Czwartku". Mam nadzieję, że tak. Myślę, że to główny cel kinowy wielu szkół. I ja w końcu znalazłam czas i obejrzałam film.
Po seansie poszukałam kilku recenzji i jak zwykle zdania są podzielone. Jednym z zarzutów jest wielość obrazów i potraktowanie historii grudnia 1970 roku zbyt pobieżnie, jest też głos, że wątki te rozjeżdżają się, nie współgrają. Dla mnie ta wielość to pozytyw, to kalejdoskop tamtych wydarzeń. Mam też wrażenie jakby te różne, często urywane, historie oddawały atmosferę tamtych chwil.
Krauze przedstawił znany historycznie czas w trzech wątkach. Pierwszym jest los rodziny Drywów, drugim szczegółowe sceny rozruchów w Gdyni, a trzeci dotyczy rozmów ówczesnych polityków.
Nie chcę się rozpisywać o wspomnianych wątkach - inni za mnie to zrobili.
Czy udało się zachować dystans? Nie wiem czy to było zamierzeniem reżysera.Są sceny ukazujące uczucia, człowieczeństwo przedstawicieli władzy. Nie ma jednoznacznego podziału na dobrych i złych, choć oczywiście trudno tu mówić o pokazaniu dobrych ZOMO. Ale moim zdaniem nie o to tu chodzi. Ten film powinien poruszyć, wstrząsnąć i zmusić do refleksji.
Gdy odwiedzam groby bliskich mijam pewien pomnik, na którym są wyryte słowa zapadające w pamięć. Brzmią mniej więcej: "Polak został zabity przez Polaka".
To grób z roku 1970. I zawsze mną wstrząsa. Tak jak poraził mnie film. Poszerzył pole widzenia, wyjaśnił pewne sprawy, ukazał rzeczy, o których nie miałam pojęcia (i wstyd mi, że nie miałam). Dodatkowo film został wzbogacony o archiwalne ujęcia grudnia 1970r.
Sceny rozruchów w Gdyni, helikoptery, przemoc - przecież tak było. Dlaczego z tego rezygnować, jeśli nie jest tandetne? Poza tym uważam, że brutalizm, wulgaryzmy w "Czarnym Czwartku" bronią się i są potrzebne. Podobnie z krzyżem, wyniesionym z kościoła i położonym na zamordowanym, czy z zakrwawioną flagą. Tych symboli Krauze użył z wyczuciem i są na miejscu.
Myślę, że taki sposób prezentowania wywrze większe wrażenie na młodych. Pobudzi do refleksji. A o to przecież chodzi - by nie zapominać o naszej historii. By pamiętać, bo jest częścią tożsamości każdego Polaka. Nie mam na myśli martyrologii, bo do niczego dobrego nie doprowadziła.
Do tej pamięci nawiązuje, moim zdaniem, ostatnie zbliżenie na współczesną Gdynię Stocznię. To miejsce wciąż istnieje i wielu z nas mija je idąc do pracy, szkoły.
Na koniec zostawiam utwór "Balladę o Janku Wiśniewskim" w wykonaniu Kazika i jestem ciekawa Waszych, Czytacze, opinii o filmie.
Zastanawiam się czy moi byli uczniowie byli już na "Czarnym Czwartku". Mam nadzieję, że tak. Myślę, że to główny cel kinowy wielu szkół. I ja w końcu znalazłam czas i obejrzałam film.
Po seansie poszukałam kilku recenzji i jak zwykle zdania są podzielone. Jednym z zarzutów jest wielość obrazów i potraktowanie historii grudnia 1970 roku zbyt pobieżnie, jest też głos, że wątki te rozjeżdżają się, nie współgrają. Dla mnie ta wielość to pozytyw, to kalejdoskop tamtych wydarzeń. Mam też wrażenie jakby te różne, często urywane, historie oddawały atmosferę tamtych chwil.
Krauze przedstawił znany historycznie czas w trzech wątkach. Pierwszym jest los rodziny Drywów, drugim szczegółowe sceny rozruchów w Gdyni, a trzeci dotyczy rozmów ówczesnych polityków.
Nie chcę się rozpisywać o wspomnianych wątkach - inni za mnie to zrobili.
Czy udało się zachować dystans? Nie wiem czy to było zamierzeniem reżysera.Są sceny ukazujące uczucia, człowieczeństwo przedstawicieli władzy. Nie ma jednoznacznego podziału na dobrych i złych, choć oczywiście trudno tu mówić o pokazaniu dobrych ZOMO. Ale moim zdaniem nie o to tu chodzi. Ten film powinien poruszyć, wstrząsnąć i zmusić do refleksji.
Gdy odwiedzam groby bliskich mijam pewien pomnik, na którym są wyryte słowa zapadające w pamięć. Brzmią mniej więcej: "Polak został zabity przez Polaka".
To grób z roku 1970. I zawsze mną wstrząsa. Tak jak poraził mnie film. Poszerzył pole widzenia, wyjaśnił pewne sprawy, ukazał rzeczy, o których nie miałam pojęcia (i wstyd mi, że nie miałam). Dodatkowo film został wzbogacony o archiwalne ujęcia grudnia 1970r.
Sceny rozruchów w Gdyni, helikoptery, przemoc - przecież tak było. Dlaczego z tego rezygnować, jeśli nie jest tandetne? Poza tym uważam, że brutalizm, wulgaryzmy w "Czarnym Czwartku" bronią się i są potrzebne. Podobnie z krzyżem, wyniesionym z kościoła i położonym na zamordowanym, czy z zakrwawioną flagą. Tych symboli Krauze użył z wyczuciem i są na miejscu.
Myślę, że taki sposób prezentowania wywrze większe wrażenie na młodych. Pobudzi do refleksji. A o to przecież chodzi - by nie zapominać o naszej historii. By pamiętać, bo jest częścią tożsamości każdego Polaka. Nie mam na myśli martyrologii, bo do niczego dobrego nie doprowadziła.
Do tej pamięci nawiązuje, moim zdaniem, ostatnie zbliżenie na współczesną Gdynię Stocznię. To miejsce wciąż istnieje i wielu z nas mija je idąc do pracy, szkoły.
Na koniec zostawiam utwór "Balladę o Janku Wiśniewskim" w wykonaniu Kazika i jestem ciekawa Waszych, Czytacze, opinii o filmie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)