Ważne informacje i terminy



17 sierpnia 2014

Japonia oczami Bator

Nigdy nie miałam w planach zwiedzić Japonii. Nie ulegam fascynacjom tamtejszą kulturą czy przestrzeniami. Ale z zaufania do twórczości Bator postanowiłam udać się w czytelniczą podróż do kraju, który nadal jest mi obojętny. Jednak lektura Japońskiego wachlarza oraz Rekina z parku Yoyogi dostarczyła wielu kulturowych wrażeń.

Japoński wachlarz. Powroty to wznowione wydanie książki wspomnieniowej z pobytu autorki w Japonii. Całość można określić jako próbę przybliżenia odległej czytelnikom kultury. Próby bardzo udanej i pisanej z perspektywy wciąż dziwiącego się japońską przestrzenią obcego. Rekin z parku Yoyogi natomiast to spojrzenie na Japonię z perspektywy zadomowionego obcego. Zdziwienie ustąpiło tu miejsca fascynacji i wejrzeniu w głąb.

Bator w kolejnych tekstach odkrywa przed czytelnikiem tajemnice egzotycznego Kraju Kwitnącej Wiśni. O ile w pierwszej części sama często przeciera oczy ze zdumienia, tak w drugiej wywołuje efekt przecierania oczu w czytelniku – obcym wyobrażającym sobie Japonię całkiem lub trochę inaczej. To demaskowanie wyobrażeń o Japonii, zestawianie ich z prawdziwym jej obrazem. 
Niewątpliwą zaletą obu książek jest ich język. Czytelnik bardzo szybko ulega czarowi snutych przez autorkę opowieści i ani się spostrzeże, a sięga po drugą część. 

Japonia w obu książkach to przestrzeń ciągłych i nieustających zmian. Zmieniają się wyglądy ulic, pojawiają się i znikają budynki, ale też i mody. To też przestrzeń większej swobody w eksperymentowaniu, mimo ogólnego zamknięcia i zdystansowania.
Autorka przygląda się przemianom kulturowym, bada je z ciekawością antropolożki i wysnuwa ciekawe wnioski. Wszystko odnosi do historii lub różnych badań naukowych. Ponadto bardzo ciekawe są nawiązania do literatury, m.in. do Murakamiego.
W kilku tekstach Rekina z parku Yoyogi autorka pokusiła się o porównanie Japonii do Polski, ukazując znaczną przepaść dzielącą opisywane kultury. Zestawienie obu kultur uwypukla bardziej egzotykę Japonii z perspektywy Polaka (a  zapewne Polski z perspektywy Japończyka).

Mój wewnętrzny włóczęga nie pogna mnie do Japonii nawet po lekturze książek Bator. Jednak z przyjemnością wybrałam się w czytelniczą podróż do kraju tak innego niż ten, w którym żyję lub te, które mnie fascynują. Bator porywa w wir swoich opowieści i łatwo z nich czytelnika nie wypuszcza. I dobrze.


Joanna Bator, Japoński wachlarz. Powroty, wyd. W.A.B., Warszawa 2011.
Joanna Bator, Rekin z parku Yoyogi, wyd. W.A.B., Warszawa 2014.

6 sierpnia 2014

Feministka też matka

Jestem feministką (nie działającą aktywnie w żadnej organizacji – póki co). O tym wiedzą chyba wszyscy przebywający w mojej przestrzeni. Niektórzy traktują to jako moją wadę – do czego się przyzwyczajam, ale nie akceptuję. Uważam, że bycie świadomą kobietą i świadomym człowiekiem to zaleta. Nie jestem matką, jednak po Matkę feministkę Agnieszki Graff sięgnęłam z ciekawości. Wzmożonej po przeczytaniu wywiadu z autorką.

To książka z zawartością ciekawą. I nie tylko przeznaczona dla kobiet, choć o kobietach w większości traktująca. Czy może o roli, którą większość kobiet w życiu odgrywa – o roli matki.
Zebrane w Matce feministce teksty są ważne, bo traktują o problemach dotyczących całej rzeszy kobiet i ... mężczyzn. Graff odważnie krytykuje podejście wielu feministek do tematu macierzyństwa i rodzicielstwa w ogóle. Rzeczywiście, jest to temat ignorowany, wyśmiewany lub okraszany pogardą. A feministki matkami też są, nie tylko bywają.

Autorka obala w swoich tekstach mit, jakoby kobieta z natury wiedziała, jak zajmować się dzieckiem (lub osobą starszą czy schorowaną). Domaga się (nie bezzasadnie przecież), aby mężczyźni zakasali rękawy i uczestniczyli w życiu rodzinnym aktywniej. Ale zwraca uwagę, że kobiety też muszą oddać nieco pola swoim partnerom. I to jest mocną stroną tej książki. Autorka nie biegnie ślepo w radykalne tony feministyczne. Nie pali staników, nie wini za całe zło mężczyzn. Racjonalnie przedstawia, jak się ma rzeczywistość. A ma się nie najlepiej. Jeden z wniosków jest jasny: mamy niż demograficzny nie przez feministki (one nie mają takiej mocy rażenia), a przez nieodpowiednie zaplecze dla przyszłych matek – to one najczęściej muszą zrezygnować z kariery zawodowej, ryzykują brakiem możliwości powrotu na rynek pracy. Ponadto pomoc w opiece jest znikoma, zarówno ze strony części męskiej jak i państwa.

Jest trochę w Matce feministce tekstów o radościach bycia matką. Te fragmenty wskazują, że feministki być matkami chcą i potrafią. Ale znajdą się w książce rozgoryczenia spowodowane taką a nie inną sytuacją rodziców w kraju. To tu również Graff wskazuje na brak miejsca dla rodziców w przestrzeni miast, ulic, restauracji. Wprawi czytelnika w zastanowienie, jak z tą rolą matki Polki jest. Hołubiona czy ignorowana lub traktowana z pogardą? I gdzie jest w tym całym zamieszaniu ojciec? Jaką rolę pełnić by mógł, a jaką pełni zmuszony rzeczywistością? 

Teksty, na które składa się Matka feministka są ciekawe i potrzebne. Graff zmusza do pochylenia się nad, wydawałoby się, całkiem prozaicznymi tematami. Wskazuje, że feminizm to niekoniecznie budowanie wizerunku superwoman, ale rozmowa (i odpowiednie działania) o prawach kobiet-matek i ojców, którzy powinni mieć szansę tymi ojcami być. 

Kiedyś ktoś mi powiedział, że przestanę być feministką, gdy stanę się matką. Nie sądzę. Na pewno ta rola zmieniłaby moje życie – byłabym głupcem, twierdząc, że nie. Ale nie przestałabym być człowiekiem i kobietą. Zostałam wychowana w rodzinie, w której kobiety zawsze miały prawo wypowiadania się na tematy ważne i zawsze z tego prawa korzystały. A ja, ich wnuczka, idę w pielęgnowaniu swojej wolności zapewne jeszcze dalej. Refleksje po tego typu lekturach zawsze wywołują we mnie wdzięczność o takie a nie inne fundamenty do budowania własnej człowieczej (i kobiecej) świadomości. Matka feministka uświadamia dodatkowo, jak wiele jest do zdziałania w sferze tak chętnie ignorowanej przez wielu – w sferze opieki. Stawia pytania o role matek, ojców oraz państwa. Wskazuje na konieczność szukania odpowiedzi i rozwiązań dla nowego modelu, jakim jest rodzicielstwo (już nie macierzyństwo). Pozycja książkowa potrzebna i godna czytelniczej uwagi.



Agnieszka Graff, Matka feministka, wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.




23 lipca 2014

Wielki powrót Bridget Jones


Do Bridget Jones mam sentyment. Dwie powieści Helen Fielding (i filmy) są niezmiennie moimi poprawiaczami nastrojów od bardzo długiego czasu.
Gdy usłyszałam, że Fielding po tylu latach rozpoczęła pracę nad trzecią powieścią o szalonej Brytyjce, nie wpadłam w zachwyt. Często odgrzewane historie nie tylko nie smakują jak poprzednie, ale wywołują ogromne rozczarowanie w czytelnikach. Mimo to sentyment zwyciężył, zawierzyłam Fielding i zakupiłam Bridget Jones. Szalejąc za facetem. I po lekturze stwierdzam, że nie żałuję.

Bridget Jones chyba każdy zna. Jeśli nie z powieści to z filmów. Szalona, pełna sprzeczności kobieta, która marzy, że spotka mężczyznę życia i zdobędzie świat. Do obu celów dąży z godnym podziwu uporem. I w drugiej powieści rozstajemy się z Bridget po uszy zakochaną z wzajemnością w Marku Darcy'm oraz pielęgnującą plany zwojowania świata filmowego.

Trudno pisać o najnowszej części bez zdradzania kluczowych wydarzeń z życia prawie pięćdziesięcioletniej już Bridget. Bohaterka musi zmierzyć się z trudną rzeczywistością bycia samotną matką. I radzi sobie z tym całkiem nieźle. Wraca również do randkowania, popełniając mnóstwo gaf ze swoim dawnym urokiem.
Mimo że w obecnej Bridget jest wiele z dawnej, to dostrzegalna jest przemiana. I nic dziwnego, a dla odczytania całej powieści bardzo dobrze. Dzięki temu kreacja bohaterki staje się bardziej wiarygodna, a lektura nie męczy.

Powieść nie należy do wybitnych. To czytadło, ale napisane w zgrabny sposób. Ponadto poruszone zostały tematy aktualne i powracające w rozmowach wielu kobiet. Samotne macierzyństwo. Jednoczesne odgrywanie roli matki, kobiety spełniającej się zawodowo i poszukującej na nowo miłości. Związek między kobietą i młodszym od niej mężczyzną.
Bridget Jones. Szalejąc za facetem to czytadło, które poprawi nastrój, ale stworzy też przestrzeń i możliwości do rozmów lub refleksji na kilka istotnych życiowych tematów. Książka dobra na letni czas.


Helen Fielding, Bridget Jones. Szalejąc za facetem, tłum. J. i K. Karłowscy, wyd. Zysk, Poznań 2014.

19 lipca 2014

"Historie niewidzialnych miłości" Schmitta

W "najświeższym" tomie opowiadań zatytułowanym Małżeństwo we troje Schmitt zwyczajowo przygląda się relacjom międzyludzkim. To, co ma łączyć wszystkie teksty można określić słowami samego pisarza - "historie niewidzialnych miłości", na tom składają się tylko z pozoru różne opowiadania. Drugą częścią książki jest posłowie od autora, w którym załącza notatki z czasu, kiedy pracował nad poszczególnymi tekstami z tomu. Spotykam się z taką sytuacją chyba pierwszy raz i przyznaję, że podoba mi się takie doświadczanie lektury jakiejś książki. Autor ostatecznie nie znika za opowiadaną historią, pojawia się na koniec, aby jeszcze z czytelnikiem porozmawiać, wyjawić niektóre elementy z procesu tworzenia. Bardzo ciekawe doświadczenie dla mnie jako czytelniczki.

Pierwsze opowiadanie przedstawia historię dwóch związków, heteroseksualnego i homoseksualnego. Drogi czworga skrzyżowały się przez przypadek w kościele podczas ślubu Geneviéve i Édouarda. Po kryjomu, tuż obok młodej pary, miłość w zdrowiu i w chorobie przysięgli sobie również Jean i Laurent. Ta chwila zaważyła na dalszej przyszłości pary mężczyzn, a później na życiu Geneviéve. Schmitt mówi, że jego bohaterowie poddają się koniecznej mediacji (zob. s. 311). Dzięki podglądaniu związku Geneviéve i Eddy'ego Jean i Laurent mogą lepiej zrozumieć swoją relację i wzbogacić ją o tego rodzaju bliskość, na jaką nigdy nie zdobędą się małżonkowie.

Wspomnianej koniecznej mediacji poddaje się również bohater tekstu Pies. To opowiadanie nawiązuje do holocaustu - głównym bohaterem jest Samuel Heymann, ocalony z obozu zagłady. Ocalony, choć zgładzony. Jedynym łącznikiem między bohaterem a innymi jest Argos, pies - niezwykły, bo utrzymał przy życiu w obozie. Ale też to dzięki niemu Samuel  nawet wiele lat po wojnie widzi w drugim człowieku... człowieka.

W opowiadaniu Serce w popiele Schmitt wykorzystuje motyw, który nazywa symbolicznym wcieleniem (zob. s. 312). Wydaje się, że Alba bardziej kocha swojego siostrzeńca, Jonasa, niż syna. Jej jedyne dziecko sprawia problemy i nie dostrzega niczego poza światem gier. Z kolei Jonas to chłopiec, który nawiązuje z Albą szczególną więź. Ciotkę traktuje jak przybraną matkę (zresztą siostra bohaterki częściej jest nieobecna niż obecna w życiu syna, nawet podczas przeszczepu serca to Alba ma się zająć chłopcem), a ona jego jak idealnego syna. Kiedy dochodzi do tragedii i ginie prawdziwy syn głównej bohaterki, a w tym samym czasie Jonas otrzymuje nowe serce, Alba zostaje poddana próbie. Odchodzi od zmysłów, poszukuje odpowiedzi na pytanie, kto otrzymał organ jej syna i poznaje Vilmę, kobietę w podobnej sytuacji. Ostatecznie w poznanej Vilmie dostrzeże szaleństwo, któremu i ona się poddała i w porę zwróci się ku rozwadze.

Bohaterowie Schmitta tęsknią za bliskością drugiego człowieka, będąc jednocześnie boleśnie świadomymi samotności, na jaką są skazani. Aby wypełnić bolesną pustkę przenoszą uczucia na wybrane osoby (w ten sposób Jean i Laurent w Dawidzie odnajdują namiastkę syna, którego nigdy nie będą posiadali), dostrzegają w innych osobach symbole swoich strat (jak małżeństwo z opowiadania Dziecko upiór dostrzega w nieznajomej Mélissie ducha nienarodzonego dziecka).
Małżeństwo we troje traktuje również o miłości i akceptacji jakich potrzebuje i poszukuje przez całe życie każdy człowiek. Schmitt kolejny raz wybrał się w podróż do ludzkiej duszy i teraz już od czytelnika zależy, czy zechce autorowi w tej wędrówce towarzyszyć.


Eric - Emmanuel Schmitt, Małżeństwo we troje, tłum. A. Sylwestrzak-Wszelaki, wyd. Znak, Kraków 2013.

6 lipca 2014

Echa miłości z czasu wojny


Powtórnie narodzony Margaret Mazzantini zachęcił mnie okładką, choć po przeczytaniu opisu zaczęłam się zastanawiać, czy to dobra lektura na rozpoczęcie wakacji. Jednak zaryzykowałam i nie żałuję. To powieść, która dość powoli rzuca na czytelnika swój czar. Ale gdy to się już wydarzy, nie jest się w stanie oderwać od opowiadanej przez Mazzantini historii.

Rzym, letni poranek. Gemma odbiera telefon od przyjaciela z dawnych lat, Gojka. Mężczyzna prosi, by przyjechała na wystawę zdjęć do Sarajewa. Ta krótka rozmowa sprawia, że przeszłość i zamknięte w niej uczucia powracają. Gemma postanawia wyruszyć w podróż wspomnień i zabrać w nią Pietra, swojego syna.

Powieść opiera się na retrospekcji. Zabieg wykorzystywany przez pisarkę czyni lekturę powieści trudną, wymagającą od czytelnika koncentracji. Jednak to powoduje, że powieść zapada w pamięci na dłużej.
Gemma wracając do Sarajewa, powraca wspomnieniami do lat dziewięćdziesiątych, gdy poznała w czasie strasznym miłość życia - fotografa z Genui, Diega.
Relację między dwojgiem bohaterów można opisać jako gwałtowną, pełną czułości i namiętności. Bratnie dusze, które odnalazły się przez przypadek i mimo przeciwności postanowiły spędzić ze sobą życie.
Dzięki retrospekcji autorka Powtórnie narodzonego odkrywa przed czytelnikiem kolejne tajemnice z życia Gemmy, Diega i Pietra. Mazzantini z wyczuciem buduje napięcie, opisuje uczucia, jakie targały Gemmą za czasów Diega jak i podczas powrotu do miasta, w którym wszystko się rozpoczęło i zakończyło.

Innym bohaterem powieści jest Sarajewo. Czasu wojny i czasu pokoju. Powieść zawiera opisy pełne okrucieństwa, niepokoju i śmierci podczas wojny. Przeplatane są one spojrzeniem na Sarajewo pokoju, nadal zniszczone i noszące opatrunki na wojennych ranach.
Sarajewo jest w powieści bohaterem oddziałującym na inne postaci. Patrzy na kolejne tragedie i śmierci. To również świadek miłości Gemmy i Diega oraz pojawienia się na świecie Pietra. Zagadka jego narodzin zostaje odkryta (jak i inne tajemnice) dopiero na ostatnich stronach książki, co jest niewątpliwą zaletą tej książki.

Powtórnie narodzony jest powieścią wyjątkową. To nie tylko historia miłosna, ale i rzecz o trudach relacji między matką a dorastającym synem. To opowieść o okrucieństwach wojny i potworach, jakie wówczas wychodzą z człowieka. Ale to też historia o tym, że nawet w czasach wojny człowiek potrzebuje bliskości i czułości. Jednak mimo że czasem przyjaźń zmienia się w miłość i ratuje przed zagładą (Gojko i Aska), to nie zawsze może ocalić (Gemma i Diego).



Margaret Mazzantini, Powtórnie narodzony, przeł. A. Pawłowska - Zampino, wyd. Sonia Draga, Katowice 2013.

1 lipca 2014

Gdy kryminał przestaje być kryminałem

Dla belfra – wychowawcy czerwiec jest miesiącem napięcia, stresu i wielu nieprzespanych nocy. Dlatego na bok odłożyłam wszelkie ambitne książki i sięgnęłam po coś, co zawsze mnie relaksuje – kryminał. Zazwyczaj mój wybór ograniczał się do Christie lub Chmielewskiej. Tym razem poszłam w las nowości i sięgnęłam po Florystkę Katarzyny Bondy. Początki z tą powieścią były ciężkie, ale w końcu udało mi się wciągnąć w lekturę i nie żałuję.

Akcja powieści rozgrywa się w Białymstoku, gdzie zaginęła Zosia. Dziecko nie do końca chciane i nie do końca kochane, ale poszukiwane przez lokalną policję, rodzinę. O pomoc poproszony został również profiler Hubert Meyer (podobno postać znana z innych powieści Bondy). Przyjeżdża z głuszy, w której leczył swoje ego po źle rozpracowanej sprawie. Nie spodziewa się, że białostocka przygoda jest zaplanowaną dla niego przez wrogów kontynuacją niedawnej wpadki.

Pomocnicą Meyera jest Lena Pawłowska. Jest to postać wykreowana w bardzo ciekawy sposób. Symbol kobiecości połączonej z siłą i determinacją. Pawłowska pragnie zostać profilerką, choć wie, że przed nią niezwykle trudna droga. Zaistnieć w środowisku męskim jest zadaniem trudnym do wykonania. Atrakcyjność nie pomaga, a może nawet przeszkadzać, o czym przekonuje się Pawłowska. Ale w tej postaci jest coś jeszcze. Determinacja z jaką Lena staje do walki z przeszłością i stawia czoła męskiej sile (tak przewyższającej kobiecą), dodaje tej postaci mocnego rysu, pazura. Dzięki temu naprawdę polubiłam tę bohaterkę. Nie mogę nie wspomnieć o symbolicznym obcięciu przez bohaterkę włosów, co miało dodać jej mocy i odwagi (a wręcz przeciwnie - właśnie zabrało). Uważam, że to bardzo ciekawy i ważny dla kreacji tej postaci motyw. Jednocześnie ta rzeczywista słabość, jaką posiada przecież każda kobieta, sprawia, że postać jest bardziej realna a przez to ciekawa.

Napisać o Florystce, że to powieść kryminalna to o wiele za mało. Łączy ona w sobie gatunek kryminału z baśnią i powieścią psychologiczną. Pisarka znakomicie opisuje psychikę mordercy. Swoją drogą, odkrycie mordercy jest spektakularne i może przynieść zaskoczenie. Ponadto we Florystce można odnaleźć mocno rozbudowany wątek manipulowania czyjąś psychiką, powstrzymywanie przed naturalnymi procesami jakie powinny zajść w człowieku doświadczającym czegoś traumatycznego. Postać Oli - borykającej się ze śmiercią syna - mistrzowsko dopracowana. 

Warte zauważenia jest też pochylenie się pisarki nad cygańską kulturą. Myślę, że wzbogaca to samą powieść, a akcję osadza w pewnej konkretnej przestrzeni. W ogóle trzeba przyznać, że Bonda tworząc historię kryminalną, nie ogranicza się jedynie do niej. Do dania głównego podaje przekąski, desery, niezwykle zręcznie nimi żonglując. Niezwykle trudne do wykonania zadanie, ale spod pióra autorki Florystki wychodzi bardzo wykwintna i wielowymiarowa powieść. 

Po przeczytaniu Florystki stwierdzam, że z pewnością sięgnę po inne kryminały Katarzyny Bondy. Są dobre pod względem językowym, ale i nie noszą śladu schematyczności, której niestety niektóre pisarki i niektórzy pisarze ulegają. Polecam, sama rozpoczynając wakacyjny sezon czytelniczy stosem piętrzących się obok książek.


Katarzyna Bonda, Florystka, wyd. Videograf, Chorzów 2012.

21 czerwca 2014

Twór: Dziunia

Nie pamiętam, jak natknęłam się na Dziunię Anny M. Nowakowskiej. Niemniej, zakup tej książki był strzałem w dziesiątkę, a ja kolejny raz chylę czoła polskim pisarkom. Przeświadczenie, że obok naprawdę słabej kobiecej literatury rodzimej rozwija się również silna i dobra jest nieocenione.

Dziunia to nie tylko tytuł, ale i imię głównej bohaterki powieści. Dziunia powstała przypadkiem, gdy nastolatkowie się zapomnieli. Dziunia jest dzieckiem niechcianym i niekochanym. Od początku do końca. Jest chodzącym wyrzutem, którego nijak nie można się pozbyć z domu. Dziunia jest inna niż wszyscy. Naiwna do granic możliwości. Naznaczona fatum. Pozbawiona wdzięku, inteligencji, urody i szczęścia. Ale jest. Choć to bolesne bycie.

Autorka wykreowała postać skazaną na uznaną przez ogół klęskę. Cokolwiek by ta dziewczyna nie robiła, zawsze los się jej sprzeciwi. Lub postawi na drodze „dobrotliwego wuja” wtykającego palce tam, gdzie nie powinien ich wtykać. Albo ześle za karę do piekieł domostwa Pułkownika i jego żony. Lub podwoi Dziunię, ale tylko na momencik. Żeby nie było zbyt pięknie. Niemniej Dziunia trwa. I potrafi tę nieszczęśliwą egzystencję przetrwać. Ze szczególnym poczuciem humoru.

Okazuje się, że nawet Dziunia ma swoją bezpieczną przestrzeń. To dom dziadków, rodziców matki. Przestrzeń Pod Stołem, ale też troska i bezinteresowna, prosta oraz niczym nieograniczona miłość babci i dziadka. Ale nawet tu sięga po Dziunię ręka złego losu. Przed tym nie ma ucieczki.

To co urzeka w książce Nowakowskiej to jej zabawy językiem. Gra słów. Niejednoznaczność. Przyglądanie się słowom i stwarzanie z nich zdań czasem rozweselających, a czasem tnących ostro duszę. Słów tworzących historię, która na długo pozostaje z czytelnikiem.

Autorka Dziuni stworzyła nie tylko ciekawą bohaterkę, której czytelnik dzielnie sekunduje – choć wie, że za rogiem nie czeka na dziewczę ani gram szczęścia. Nowakowska pokazuje też zaściankową polskość z całym zbiorem przywar. Buduje ten obraz na przykładzie rodziny Dziuni. Nastoletni rodzice, którzy trwają ze sobą. Nie okazują sobie miłości. Nie okazują miłości córce. Przeciwnie, czynią wieczne wyrzuty – w końcu zmarnowała im obojgu życie. Nie potrafią być ze sobą, ale też nie chcą zaryzykować rozstania. W końcu to nie wypada. Obserwując potyczki Dziuni z życiem, czytelnik może poobserwować i inne rodziny. Wszystkie nieszczęśliwe. Diagnoza: brak rozmów i pracy nad relacjami. Przekonanie, że będzie tak, jak jest.

Dziunia otwiera przed czytelnikiem smutny świat z wieloma odnośnikami do tego prawdziwego. Ale historia jest napisana w sposób, który zabrania odłożyć książkę przed dokończeniem jej lektury. Bawi duszę, co jakiś czas tnąc ją bezlitośnie. Ale skoro Dziunia dzielnie znosi swój los, to czemu czytelnik miałby zrezygnować z lektury o jej potyczkach z życiem?


Anna M. Nowakowska, Dziunia, wyd. W.A.B., Warszawa 2013.