Czy babcie mogą podróżować? Czy babcie mogą spełniać swoje marzenia? Na te pytania w swojej książce odpowiada Basia Meder. Na te pytania odpowiada również, całym swoim życiem, moja całkiem prywatna babcia, która wśród moich bliższych znajomych jest już legendą. Otóż mam babcię podróżniczkę i jestem z tego dumna. Mało tego - to dzięki niej i we mnie rozwija się podróżniczka - taka ambicja - prześcignąć babcię, która zobaczyła niemal cały świat.
Okazuje się, że nie tylko w mojej rodzinie żyją złaknione przygód kobiety; w swojej książce mówi o tym wspomniana już Basia Meder. Kobieta przed sześćdziesiątką, która postanawia spełnić marzenie i zobaczyć, co słychać w Afryce. Rezultat to dwie książki "Babcia w pustyni i w puszczy" oraz przeze mnie nieczytana "Babcia w Afryce" (radzę zacząć od tej drugiej, bo podobno jest pierwszą częścią).
Od dopiero kilku lat jestem fascynatką literatury podróżniczej i niemal każdą pozycję pochłaniam z niesłabnącym zainteresowaniem. Jak jest z "Babcią w pustyni i w puszczy"? Może nie porwała mnie tak, jak np. "Moja Afryka" Kingi Choszcz, ale to też książka o Afryce, więc i przyjemność z lektury się znalazła.
Brakowało mi zatrzymania się, głębszego opisu. Taka pobieżność w pewnym momencie zaczyna irytować. Afryka jest olbrzymim lądem z olbrzymią mieszanką kultur. Autorka opisuje je dość pobieżnie. Narzuca się też schemat, w który wpadła. Przyjazd do kraju, kilka poznanych osób, zakwaterowanie w hotelu i wyjazd. To części powtarzające się w całej książce, a przez to samo czytanie zaczyna nieco nużyć. Czytacz ożywi się może podczas opisu pierwszej przejażdżki motocyklem oraz na końcu, gdy autorka opisuje mrożącą krew w żyłach historię ucieczki przed bandytami terroryzującymi turystkę i okoliczne wioski. Zresztą skutki tego napadu zmuszają autorkę do przerwania podróży po Afryce. Australijska babcia jednak wraca po kilku latach, by dokończyć to, co zaczęła. Zwiedza wówczas Maroko. Lecz w ostatniej części książki znowu schemat się powtarza i czytający popada w półsen.
Dużym plusem są zamieszczone w tym wydaniu zdjęcia. Żałuję, że treść nie jest choć w połowie tak dobra. I to nie tylko ta schematyczność i pobieżność odstrasza. Autorka bardziej skoncentrowała się na sobie jako podróżniczce. Czytując literaturę podróżniczą, wychodzę zazwyczaj z założenia (i stąd też moje nastawienie takie, a nie inne), że autor - podróżnik nie jest w danej książce najważniejszy. Jego osoba schodzi na dalszy plan lub jest jedynie okiem na inne światy. I tego zabrakło u Meder. Szkoda.
Niemniej miałam jedną refleksję na koniec - otóż, Basia Meder, czy moja prywatna babcia pokazują coś bardzo ważnego - każdą barierę można pokonać, gdy się marzeniom wychodzi naprzeciw i to jest istotne w tej książce, abstrahując już od nudnej narracji. Nikt nie odbierze Meder tego, że zdobyła się na nie lada wyczyn, całkiem odważnie sięgając po marzenia.
Basia Meder, Babcia w pustyni i w puszczy, wyd. "Bernardinum", Pelplin 2010.
Ważne informacje i terminy
19 maja 2012
10 maja 2012
Bzyk: dotknij mnie i pożądaj
Czy o pożądaniu napisano już wszystko? Z każdą powieścią, tomem erotyków (tym, czy innym) przekonuję się, że nie. To jedno z najbardziej ludzkich doznań jest i będzie wciąż obecne w literaturze. Czego poszukuję w erotykach? Nowych tematów, historii, czegoś, co mnie zaskoczy. Kilka lat temu spotkałam się z tomem wierszy dwojga poetów i się zachwyciłam. Już sam tytuł przyciąga: "Bzyk. Wiersze nie dla dzieci". I rzeczywiście kipi tu erotyzmem, a więc nie dla dzieci.
Kompozycja, która układa się w rozmowę między mężczyzną a kobietą, przyznaje czytelnikowi rolę podglądacza, który z wypiekami na twarzy przewraca kolejne strony. Może to przewrotność tytułu, gra z czytaczem, ale w pewnym momencie można poczuć się jak takie dziecko przyłapane na gorącym uczynku podglądania. Układ utworów intryguje, zachęca do wczytywania się w kolejne strony.
Bohaterów "Bzyka" poraziło uczucie, ale wiersze nie tylko tego dotyczą. Co chwilę czytelnik dowiaduje się o przepaściach dzielących tych dwoje: przede wszystkim przepaść wiekowa, którą martwi się mężczyzna, a kobieta bagatelizuje. Ta różnica wiąże się z bagażem doświadczeń - on więcej dźwiga niż ona. Problemem też jest odległość. Okazuje się jednak, że pożądanie, miłość zasypać może każdą przepaść. Pojawiają się marzenia, coraz śmielsze obietnice, wyznania.
Jeśli mówimy o "Bzyku...", to każdy chyba przyzna, że jest to poezja dotyku i ciała. Ten pierwszy jest bardzo istotny dla kochanków - pobudza zmysły, wzbudza pożądanie; to wreszcie pod dotykiem męskich dłoni kobieca talia może się spalić. Ciało, jak to w erotykach bywa, i tu jest znaczące. Lecz nie idealizowane, a sflaczały brzuch, wygłodniałe oczy, siwa głowa wyglądają ze stron "Bzyka". I to nic a nic nie przeszkadza, by ona nadal wyznawała mu miłość i go pożądała!
Dialog zbudowany w erotykach niesie ze sobą ogromny ładunek pożądania, ale też zniecierpliwienia, jakie wielu z nas odczuwało w chwilach uniesienia. Każdy wiersz zdaje się być kolejną częścią garderoby zdejmowanej w pośpiechu, aczkolwiek z pewnego rodzaju zmysłowością. A na koniec okazuje się, że wciąż coś do zdjęcia zostaje. Bo rozmowa urywa się, nie zostaje zakończona, jak każda historia miłosna w prawdziwym życiu.
Tomik Grabarz i Rozenfelda czyta się jednym tchem i z zaciekawieniem. Dlaczego? Może dzięki niezwykłej obrazowości? A może za sprawą wyczuwalnego dotyku w poezji tej pary? Na pewno pomocny jest sposób pisania - zwykły o sprawach niezwykłych, jakimi są pożądanie, zauroczenie i inne pochodne uczucia. Do kogo ten tomik trafi? Do wszystkich, którym uczucia w nim opisane są nieobce i żadne specjalistyczne narzędzia potrzebne nie są, wystarczy serce.
J. Grabarz, A. Rozenfeld, Bzyk. Wiersze nie dla dzieci, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2008.
Kompozycja, która układa się w rozmowę między mężczyzną a kobietą, przyznaje czytelnikowi rolę podglądacza, który z wypiekami na twarzy przewraca kolejne strony. Może to przewrotność tytułu, gra z czytaczem, ale w pewnym momencie można poczuć się jak takie dziecko przyłapane na gorącym uczynku podglądania. Układ utworów intryguje, zachęca do wczytywania się w kolejne strony.
Bohaterów "Bzyka" poraziło uczucie, ale wiersze nie tylko tego dotyczą. Co chwilę czytelnik dowiaduje się o przepaściach dzielących tych dwoje: przede wszystkim przepaść wiekowa, którą martwi się mężczyzna, a kobieta bagatelizuje. Ta różnica wiąże się z bagażem doświadczeń - on więcej dźwiga niż ona. Problemem też jest odległość. Okazuje się jednak, że pożądanie, miłość zasypać może każdą przepaść. Pojawiają się marzenia, coraz śmielsze obietnice, wyznania.
Jeśli mówimy o "Bzyku...", to każdy chyba przyzna, że jest to poezja dotyku i ciała. Ten pierwszy jest bardzo istotny dla kochanków - pobudza zmysły, wzbudza pożądanie; to wreszcie pod dotykiem męskich dłoni kobieca talia może się spalić. Ciało, jak to w erotykach bywa, i tu jest znaczące. Lecz nie idealizowane, a sflaczały brzuch, wygłodniałe oczy, siwa głowa wyglądają ze stron "Bzyka". I to nic a nic nie przeszkadza, by ona nadal wyznawała mu miłość i go pożądała!
Dialog zbudowany w erotykach niesie ze sobą ogromny ładunek pożądania, ale też zniecierpliwienia, jakie wielu z nas odczuwało w chwilach uniesienia. Każdy wiersz zdaje się być kolejną częścią garderoby zdejmowanej w pośpiechu, aczkolwiek z pewnego rodzaju zmysłowością. A na koniec okazuje się, że wciąż coś do zdjęcia zostaje. Bo rozmowa urywa się, nie zostaje zakończona, jak każda historia miłosna w prawdziwym życiu.
Tomik Grabarz i Rozenfelda czyta się jednym tchem i z zaciekawieniem. Dlaczego? Może dzięki niezwykłej obrazowości? A może za sprawą wyczuwalnego dotyku w poezji tej pary? Na pewno pomocny jest sposób pisania - zwykły o sprawach niezwykłych, jakimi są pożądanie, zauroczenie i inne pochodne uczucia. Do kogo ten tomik trafi? Do wszystkich, którym uczucia w nim opisane są nieobce i żadne specjalistyczne narzędzia potrzebne nie są, wystarczy serce.
J. Grabarz, A. Rozenfeld, Bzyk. Wiersze nie dla dzieci, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2008.
4 maja 2012
Stracony czas nad "Utraconym rajem"
Są takie książki, które ma się ochotę odłożyć po dwóch przeczytanych stronach. Są takie książki, które żal stawiać na półki obok innych. I niestety ostatnio z taką miałam, czy nadal mam do czynienia.
"Utracony raj" Notebooma zapowiadał się interesująco, porywająco wręcz. Autor pretendujący do Nobla, książka polecana przez uznanych autorów. Określana jako śmiała, oczyszczająca. Mnie ani nie oczyściła, ani nie zdumiała swoją odwagą.
Z jednej strony mamy opisaną historię dwóch kobiet. Narratorką pierwszej części jest jedna z nich - kobieta po przejściach (wielokrotnie zgwałcona) - Alma. Za sprawą tej drugiej obie udają się w podróż do Australii. Tam zderzają się ich dziewczęce jeszcze marzenia z rzeczywistością, ale też bohaterki odgrywają role aniołów w grze miejskiej. Dzięki temu Alma poznaje krytyka literackiego Erika. Po wielu latach spotykają się ponownie - w pewnego rodzaju sanatorium. Podobno Erik to człowiek, który przestał walczyć o siebie. Podobno dzięki Almie może się otrząsnąć. Podobno.
Płytkie kreacje bohaterów nie ułatwiają czytania, wręcz przeciwnie. Alma nie zyskała mojej sympatii, czy nawet współczucia. Erik wzbudzał irytację. Gdyby w prawdziwym życiu istnieli tylko tacy mężczyźni, wypadałoby tylko strzelić sobie w łeb. Tych dwoje bohaterów spotyka się dwa razy w utworze Notebooma. I mimo że miał to chyba być w zamyśle autora punkt programu, to wypadł dość słabo. Książka podobno mówi o dojrzewaniu, konfrontacji marzeń (tak zapowiada notka na końcu książki), a historia tych dwojga przypomina nieco kiczowaty romans. Niestety. Gdzieś w tle łopoczą niemal bez przerwy skrzydła aniołów. Aż chciałoby się zapytać: ależ po co?
Ciekawym zabiegiem mógłby być autotematyzm pojawiający się w prologu i epilogu. Objawia się narrator- kreator literackich światów i jak na początku stara się zainteresować czytelnika opowiadaną właśnie historią, tak pod koniec podąża za kimś innym. Tyle że i ten wątek sprawia wrażenie zlepianego i upychanego w zamysł, który nie do końca jawi się przed zwykłym, szarym czytelnikiem. Ten bardziej wymagający może zacząć się zastanawiać nad sensem uczynienia narratora z Almy w jednej z części książki. Czy jest ona prawdziwym narratorem, a może to jedynie gra głównego narratora z czytelnikiem? Do jakich wniosków ma zatem doprowadzić? Czy historia Almy jest tylko jej historią?
Prowadzona narracja jest raczej zniechęcająca, płytka. Szybciej męczy niż zachwyca. Przez to historia Notebooma staje się mało przekonująca i zwyczajnie nie porywa czytelnika. Otrzymuje on raczej kiepską historię, w której trudno doszukiwać się tej głębi zmuszającej do refleksji.
Większość się zachwyca tą książką, ale ja jej podziękuję. Wymęczyłam się za wszystkie czasy. Nie mam nic przeciwko krótkim formom, ale tu ona przeszkadzała. Tak naprawdę miałam wrażenie, że sam pisarz umęczył się, tworząc bohaterów, opowiadając ich historię. Wydumana i pustosłowie. To dwa określenia, które tłukły się w mojej głowie podczas czytania "Utraconego raju". Niestety nie polecam.
Cees Noteboom, Utracony raj, przeł. Ł. Żebrowski, wyd. W.A.B., Warszawa 2012.
"Utracony raj" Notebooma zapowiadał się interesująco, porywająco wręcz. Autor pretendujący do Nobla, książka polecana przez uznanych autorów. Określana jako śmiała, oczyszczająca. Mnie ani nie oczyściła, ani nie zdumiała swoją odwagą.
Z jednej strony mamy opisaną historię dwóch kobiet. Narratorką pierwszej części jest jedna z nich - kobieta po przejściach (wielokrotnie zgwałcona) - Alma. Za sprawą tej drugiej obie udają się w podróż do Australii. Tam zderzają się ich dziewczęce jeszcze marzenia z rzeczywistością, ale też bohaterki odgrywają role aniołów w grze miejskiej. Dzięki temu Alma poznaje krytyka literackiego Erika. Po wielu latach spotykają się ponownie - w pewnego rodzaju sanatorium. Podobno Erik to człowiek, który przestał walczyć o siebie. Podobno dzięki Almie może się otrząsnąć. Podobno.
Płytkie kreacje bohaterów nie ułatwiają czytania, wręcz przeciwnie. Alma nie zyskała mojej sympatii, czy nawet współczucia. Erik wzbudzał irytację. Gdyby w prawdziwym życiu istnieli tylko tacy mężczyźni, wypadałoby tylko strzelić sobie w łeb. Tych dwoje bohaterów spotyka się dwa razy w utworze Notebooma. I mimo że miał to chyba być w zamyśle autora punkt programu, to wypadł dość słabo. Książka podobno mówi o dojrzewaniu, konfrontacji marzeń (tak zapowiada notka na końcu książki), a historia tych dwojga przypomina nieco kiczowaty romans. Niestety. Gdzieś w tle łopoczą niemal bez przerwy skrzydła aniołów. Aż chciałoby się zapytać: ależ po co?
Ciekawym zabiegiem mógłby być autotematyzm pojawiający się w prologu i epilogu. Objawia się narrator- kreator literackich światów i jak na początku stara się zainteresować czytelnika opowiadaną właśnie historią, tak pod koniec podąża za kimś innym. Tyle że i ten wątek sprawia wrażenie zlepianego i upychanego w zamysł, który nie do końca jawi się przed zwykłym, szarym czytelnikiem. Ten bardziej wymagający może zacząć się zastanawiać nad sensem uczynienia narratora z Almy w jednej z części książki. Czy jest ona prawdziwym narratorem, a może to jedynie gra głównego narratora z czytelnikiem? Do jakich wniosków ma zatem doprowadzić? Czy historia Almy jest tylko jej historią?
Prowadzona narracja jest raczej zniechęcająca, płytka. Szybciej męczy niż zachwyca. Przez to historia Notebooma staje się mało przekonująca i zwyczajnie nie porywa czytelnika. Otrzymuje on raczej kiepską historię, w której trudno doszukiwać się tej głębi zmuszającej do refleksji.
Większość się zachwyca tą książką, ale ja jej podziękuję. Wymęczyłam się za wszystkie czasy. Nie mam nic przeciwko krótkim formom, ale tu ona przeszkadzała. Tak naprawdę miałam wrażenie, że sam pisarz umęczył się, tworząc bohaterów, opowiadając ich historię. Wydumana i pustosłowie. To dwa określenia, które tłukły się w mojej głowie podczas czytania "Utraconego raju". Niestety nie polecam.
Cees Noteboom, Utracony raj, przeł. Ł. Żebrowski, wyd. W.A.B., Warszawa 2012.
11 kwietnia 2012
O czworgu dziwaków, którzy się pokochali
Dawno, dawno temu... przechodząc obok uniwersyteckiej księgarenki zamachała do mnie książka. Jej tytuł brzmiał: "Po prostu razem". Skoro do mnie kiwała literami, nie mogłam zostać obojętna i zakupiłam powieść Anny Gavaldy, a w domu się zaczytałam.
Tak naprawdę nie można powiedzieć krótko, o czym jest książka. O przyjaźni? O dziwactwach? O starości? O pożądaniu? O miłości? O pokonywaniu słabości? O trudnych relacjach dorosłe dzieci - rodzice? O...?
Poznajemy tu świat troszkę znerwicowanej i tajemniczej na początku Camille; chwilę później pojawia się gburowaty mistrz kuchni - Frank oraz jego przesympatyczna babcia Paulette. Poznajemy też zakompleksionego, zdziwaczałego i jakby przybyłego z innej epoki Philiberta.
Co łączy tych czworo ludzi? Turbulencje życiowe, a później jedno paryskie mieszkanie.
Początkowo narracja może czytacza odstraszyć. Dość trudno wejść w świat tej powieści, ale warto się potrudzić chwilę, by zostać zwyczajnie oczarowanym.
Okazuje się bowiem, że czworo obcych i tak kontrastowych ludzi może się polubić, pokochać i stworzyć rodzinę.
Lubię wracać do tej powieści, ponieważ za każdym razem oczarowuje mnie inna historia. Za pierwszym razem najbardziej koncentrowałam się na relacji Franka i Camille. Ostatecznie oczywiście łączy ich uczucie (i miłym zaskoczeniem dla czytacza może być fakt, że przemykają oni w innej powieści tej autorki), ale jest to miłość szorstka, pełna namiętności, ale też zwykłego lubienia się. Choć ta sympatia właśnie skrywana jest pod skorupą najpierw niechęci, a następnie udawanej obojętności. Lubię takie szorstkie uczucia. I przyznam, że zazdroszczę Camille tego Franka - niby gburowatego, a w duszy troskliwego.
Gdy czytałam po raz kolejny "Po prostu razem", skoncentrowałam się na relacji Franka i jego babci. Starsza pani, gdy łamie sobie biodro, może liczyć jedynie na swojego wnuka. Niestety on, aby paradoksalnie zaopiekować się babcią, nie może jej do siebie wziąć, ani nie może z nią zamieszkać. Paulette wobec tego zostaje umieszczona w domu opieki i bardzo jej z tym źle. Frank co tydzień ją odwiedza, ale nie jest to wystarczające. I trudno się dziwić starszej pani. Ostatecznie zostaje wręcz porwana przez troje bohaterów do paryskiego mieszkania, a później razem z Camille zamieszkuje w swoim domu. Jak toczą się dalej losy babci Franka, nie powiem. Ale jest to ciepła, wzruszająca opowieść.
Uwagę zwraca również wywodzący się z arystokracji Philibert. Ten dziwny młody mężczyzna na kartach tej powieści toczy bój nie tylko z sobą, ale i z rodziną. Walczy o siebie, o wyrażanie siebie, o akceptację swojej osoby. I wychodzi z tej wojny zwycięsko, a każdy kto podczas czytania trzymał kciuki za tego bohatera, uśmiecha się, czytając ostatnie strony powieści Gavaldy.
Sposób prowadzenia narracji (i myślę, że duże ukłony należą się również tłumaczowi) sprawia, że te postaci stają przed oczami czytacza jak żywe, a zapachy gotowanych przez Franka potraw można niemal poczuć. Kiedy zaczyna się czytać tę powieść, nie można się oderwać. Dosłownie. Przenosi czytacza w inny świat - wcale nie lepszy, bo bohaterowie nie mają łatwego i przyjemnego życia. Mają jednak coś, czego czasem w prawdziwym życiu brakuje - spotykają na swojej drodze ludzi, którzy zaczynają być dla nich i stają się rodziną. Ta powieść pokazuje coś jeszcze bardzo istotnego - więzy krwi nie świadczą o byciu rodziną, o tym stanowi niewidzialna i tajemnicza nić, która na szczęście oplata wszystkich bohaterów od pierwszego spotkania...
Tak naprawdę nie można powiedzieć krótko, o czym jest książka. O przyjaźni? O dziwactwach? O starości? O pożądaniu? O miłości? O pokonywaniu słabości? O trudnych relacjach dorosłe dzieci - rodzice? O...?
Poznajemy tu świat troszkę znerwicowanej i tajemniczej na początku Camille; chwilę później pojawia się gburowaty mistrz kuchni - Frank oraz jego przesympatyczna babcia Paulette. Poznajemy też zakompleksionego, zdziwaczałego i jakby przybyłego z innej epoki Philiberta.
Co łączy tych czworo ludzi? Turbulencje życiowe, a później jedno paryskie mieszkanie.
Początkowo narracja może czytacza odstraszyć. Dość trudno wejść w świat tej powieści, ale warto się potrudzić chwilę, by zostać zwyczajnie oczarowanym.
Okazuje się bowiem, że czworo obcych i tak kontrastowych ludzi może się polubić, pokochać i stworzyć rodzinę.
Lubię wracać do tej powieści, ponieważ za każdym razem oczarowuje mnie inna historia. Za pierwszym razem najbardziej koncentrowałam się na relacji Franka i Camille. Ostatecznie oczywiście łączy ich uczucie (i miłym zaskoczeniem dla czytacza może być fakt, że przemykają oni w innej powieści tej autorki), ale jest to miłość szorstka, pełna namiętności, ale też zwykłego lubienia się. Choć ta sympatia właśnie skrywana jest pod skorupą najpierw niechęci, a następnie udawanej obojętności. Lubię takie szorstkie uczucia. I przyznam, że zazdroszczę Camille tego Franka - niby gburowatego, a w duszy troskliwego.
Gdy czytałam po raz kolejny "Po prostu razem", skoncentrowałam się na relacji Franka i jego babci. Starsza pani, gdy łamie sobie biodro, może liczyć jedynie na swojego wnuka. Niestety on, aby paradoksalnie zaopiekować się babcią, nie może jej do siebie wziąć, ani nie może z nią zamieszkać. Paulette wobec tego zostaje umieszczona w domu opieki i bardzo jej z tym źle. Frank co tydzień ją odwiedza, ale nie jest to wystarczające. I trudno się dziwić starszej pani. Ostatecznie zostaje wręcz porwana przez troje bohaterów do paryskiego mieszkania, a później razem z Camille zamieszkuje w swoim domu. Jak toczą się dalej losy babci Franka, nie powiem. Ale jest to ciepła, wzruszająca opowieść.
Uwagę zwraca również wywodzący się z arystokracji Philibert. Ten dziwny młody mężczyzna na kartach tej powieści toczy bój nie tylko z sobą, ale i z rodziną. Walczy o siebie, o wyrażanie siebie, o akceptację swojej osoby. I wychodzi z tej wojny zwycięsko, a każdy kto podczas czytania trzymał kciuki za tego bohatera, uśmiecha się, czytając ostatnie strony powieści Gavaldy.
Sposób prowadzenia narracji (i myślę, że duże ukłony należą się również tłumaczowi) sprawia, że te postaci stają przed oczami czytacza jak żywe, a zapachy gotowanych przez Franka potraw można niemal poczuć. Kiedy zaczyna się czytać tę powieść, nie można się oderwać. Dosłownie. Przenosi czytacza w inny świat - wcale nie lepszy, bo bohaterowie nie mają łatwego i przyjemnego życia. Mają jednak coś, czego czasem w prawdziwym życiu brakuje - spotykają na swojej drodze ludzi, którzy zaczynają być dla nich i stają się rodziną. Ta powieść pokazuje coś jeszcze bardzo istotnego - więzy krwi nie świadczą o byciu rodziną, o tym stanowi niewidzialna i tajemnicza nić, która na szczęście oplata wszystkich bohaterów od pierwszego spotkania...
4 kwietnia 2012
Alzheimer w powieści - niemożliwe?
Są takie książki, które czyta się trudno. I powodem nie jest źle prowadzona narracja lub nudna historia, czy płytcy bohaterowie. Są takie książki, które przypominają nam o wydarzeniach z naszego życia. Kiedy usłyszałam o "Motylu" Lisy Genovy początkowo nie byłam pewna, czy chcę go przeczytać. Czasem trudno zmierzyć się jeszcze raz z pewnymi wspomnieniami, doświadczeniem czegoś nie do pojęcia. Powieść tej amerykańskiej pisarki opowiada o kobiecie mierzącej się z chorobą Alzheimera. Kilka lat temu Alzheimer niestety zawitał i do mojej rodziny. Było to trudne doświadczenie. I ten trud jest opisany w "Motylu".
Historia niby banalna. Pięćdziesięcioletnia kobieta nagle ma problemy z pamięcią. Nie może znaleźć kluczy, później gubi się i nie wie, jak wrócić do domu. Zapomina o służbowym wyjeździe. Lawina dziur pamięciowych zmusza ją do wizyty u lekarza. Po badaniach wyrok brzmi: Alzheimer. Banał, prawda?
Tylko to, co się dzieje później, banalne nie jest. Podczas czytania tej książki, wszystko do mnie wracało. Nocne wędrówki po mieście. Podpalenie siebie. Zalanie wodą mieszkania. Niewytłumaczalna agresja. Niepoznawanie miejsc. Niepoznawanie bliskich osób.
W "Motylu" ważna jest oczywiście sama Alice, bo tak ma na imię nasza bohaterka. Profesor na uniwersytecie, żona, matka, kobieta w kwiecie wieku. Nagle okazuje się, że nie wie, jak prowadzić zajęcia. Nagle przestaje być użyteczna na uczelni. Później przestaje być użyteczna w domu. Genova, kreując Alice w realistyczny sposób, bardzo dokładnie oddaje rozpadanie się osobowości, człowieczeństwa osoby chorej na Alzheimera. Autorka uświadamia czytelnikowi, że ta choroba to nie jest zwykłe zapominanie. Ta choroba odziera człowieka z godności, zabiera jemu wszystko, co posiadał, całe życie.
W tej powieści ważna jednak jest nie tylko główna bohaterka. Ważne jest też jej otoczenie - współpracownicy, rodzina. Początkowe niedowierzanie przeradza się w pytanie "I co dalej?". Genova uświadamia czytelnikowi, że Alzheimer w rodzinie to całkowite przewartościowanie życia absolutnie wszystkich. To radzenie sobie z powolnym traceniem kogoś bliskiego. Pisarka pokazuje, że Alzheimer w okrutny sposób traktuje nie tylko tego, którego dotyka bezpośrednio. Rodzina Alice musi nauczyć się bardzo szybko żyć z osobą poważnie chorą, z człowiekiem, którego osobowość znika z dnia na dzień.
"Motyla" czytałam w skupieniu, często odkładając książkę i wracając do wspomnień sprzed kilku lat. A po jego przeczytaniu mogę powiedzieć, że rozumiem więcej niż wtedy. To też przemawia za tą książką. Autorka wyjaśnia w dość przystępny sposób rozwój choroby, o której wciąż mało wie zwykły, szary człowiek. Poza tym tych, którzy mają szczęście i nie spotkali pana Alzheimera, z pewnością porazi gamą uczuć, szczegółowym studium osoby zmagającej się z tą chorobą. Na okładce mojego egzemplarza komentarz innego pisarza brzmi "boleśnie prawdziwa" i to najkrócej i najlepiej ocenia tę książkę.
Historia niby banalna. Pięćdziesięcioletnia kobieta nagle ma problemy z pamięcią. Nie może znaleźć kluczy, później gubi się i nie wie, jak wrócić do domu. Zapomina o służbowym wyjeździe. Lawina dziur pamięciowych zmusza ją do wizyty u lekarza. Po badaniach wyrok brzmi: Alzheimer. Banał, prawda?
Tylko to, co się dzieje później, banalne nie jest. Podczas czytania tej książki, wszystko do mnie wracało. Nocne wędrówki po mieście. Podpalenie siebie. Zalanie wodą mieszkania. Niewytłumaczalna agresja. Niepoznawanie miejsc. Niepoznawanie bliskich osób.
W "Motylu" ważna jest oczywiście sama Alice, bo tak ma na imię nasza bohaterka. Profesor na uniwersytecie, żona, matka, kobieta w kwiecie wieku. Nagle okazuje się, że nie wie, jak prowadzić zajęcia. Nagle przestaje być użyteczna na uczelni. Później przestaje być użyteczna w domu. Genova, kreując Alice w realistyczny sposób, bardzo dokładnie oddaje rozpadanie się osobowości, człowieczeństwa osoby chorej na Alzheimera. Autorka uświadamia czytelnikowi, że ta choroba to nie jest zwykłe zapominanie. Ta choroba odziera człowieka z godności, zabiera jemu wszystko, co posiadał, całe życie.
W tej powieści ważna jednak jest nie tylko główna bohaterka. Ważne jest też jej otoczenie - współpracownicy, rodzina. Początkowe niedowierzanie przeradza się w pytanie "I co dalej?". Genova uświadamia czytelnikowi, że Alzheimer w rodzinie to całkowite przewartościowanie życia absolutnie wszystkich. To radzenie sobie z powolnym traceniem kogoś bliskiego. Pisarka pokazuje, że Alzheimer w okrutny sposób traktuje nie tylko tego, którego dotyka bezpośrednio. Rodzina Alice musi nauczyć się bardzo szybko żyć z osobą poważnie chorą, z człowiekiem, którego osobowość znika z dnia na dzień.
"Motyla" czytałam w skupieniu, często odkładając książkę i wracając do wspomnień sprzed kilku lat. A po jego przeczytaniu mogę powiedzieć, że rozumiem więcej niż wtedy. To też przemawia za tą książką. Autorka wyjaśnia w dość przystępny sposób rozwój choroby, o której wciąż mało wie zwykły, szary człowiek. Poza tym tych, którzy mają szczęście i nie spotkali pana Alzheimera, z pewnością porazi gamą uczuć, szczegółowym studium osoby zmagającej się z tą chorobą. Na okładce mojego egzemplarza komentarz innego pisarza brzmi "boleśnie prawdziwa" i to najkrócej i najlepiej ocenia tę książkę.
28 marca 2012
Magiczna literatura dla młodzieży
Dawno, dawno temu byłam przeciwniczką fantastyki jakkolwiek pojętej. Później za sprawą pewnego człowieka przekonałam się do Pratchetta, a ostatnio dzięki uczennicy wciągnęłam się w cykl powieści dla młodzieży. Autorką jest Michelle Harrison. Tytuły są dwa: "13 skarbów" oraz "13 zaklęć". Kiedy wspominam moje feryjne czytanie z wypiekami na twarzy, to aż się uśmiecham. Minęło sporo czasu, gdy książki przeznaczone dla młodszych czytelników mnie tak zaintrygowały, zainteresowały.
Obie części mają tę samą główną bohaterkę - Tanję, dziewczynkę posiadającą niezwykły dar widzenia wróżek. W "13 skarbów" nastolatka przyjeżdża do babci, która mieszka w wielkim domu. Do tej pory dziewczynka nie miała spokoju - małe, magiczne istoty okazują się w tej powieści być stworzeniami złośliwymi, skorymi do czynienia psot. Tanja miała nadzieję, że w domu babki odpocznie od przygód z wróżkami, ale się rozczarowała. Nie dość, że złośliwe stworzenia przydreptały za nią, to natyka się na całe chmary wróżek. Najgorszy jest las rosnący sobie spokojnie niedaleko domu babki.
Nie byłoby książki dla dzieci bez wątku przyjaźni, pierwszego zauroczenia. Tanja poznaje tu Fabiana, który pomaga jej rozwikłać zagadkę zaginionej pół wieku temu dziewczynki. Pojawia się również harda Red. Wyrazista i budząca sympatię postać.
Druga część "13 zaklęć" to oczywiście kontynuacja przygód Tanji, Fabiana i Red. Młodzi bohaterowie muszą się zmierzyć z nie lada wyzwaniem - mają odnaleźć 13 breloczków rozsypanych przez złośliwą wróżkę. Tylko dzięki temu Fabian odzyska ojca, który utknął w równoległym królestwie wróżek. A mimo przyjemnej nazwy nie jest to miejsce, w którym chciałoby się przebywać dłużej niż minuta.
Nie będę opisywała przygód nastolatków, bo książki są po to, by je czytać. Jednak te powieści na pewno są w pewien sposób wartościowe. Jest tu walka dobra ze złem. Można obserwować zawiązywanie się przyjaźni. W ciekawy sposób została też ujęta problematyka relacji między dorosłymi a dziećmi. Poza tym podobało mi się to, że nic w tych książkach nie jest jednoznaczne, czarno-białe. Młodzi czytelnicy widzą, że w życiu nic nie jest czarno-białe. Nie mówiąc już o tym, że te książki pokazują, że nie trzeba być dzieckiem, by wierzyć w magię. Jakkolwiek pojętą.
Podczas czytania belfersko pomyślałam, że takie książki spokojnie mogłyby być lekturami szkolnymi. Nie zanudziłyby uczniów, a byłoby co omawiać.
Jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od szarej, przytłaczającej może rzeczywistości, polecam te powieści. W bardzo szybkim tempie zabierają czytelnika w świat wróżek, magii, przyjaźni i miłości.
Obie części mają tę samą główną bohaterkę - Tanję, dziewczynkę posiadającą niezwykły dar widzenia wróżek. W "13 skarbów" nastolatka przyjeżdża do babci, która mieszka w wielkim domu. Do tej pory dziewczynka nie miała spokoju - małe, magiczne istoty okazują się w tej powieści być stworzeniami złośliwymi, skorymi do czynienia psot. Tanja miała nadzieję, że w domu babki odpocznie od przygód z wróżkami, ale się rozczarowała. Nie dość, że złośliwe stworzenia przydreptały za nią, to natyka się na całe chmary wróżek. Najgorszy jest las rosnący sobie spokojnie niedaleko domu babki.
Nie byłoby książki dla dzieci bez wątku przyjaźni, pierwszego zauroczenia. Tanja poznaje tu Fabiana, który pomaga jej rozwikłać zagadkę zaginionej pół wieku temu dziewczynki. Pojawia się również harda Red. Wyrazista i budząca sympatię postać.
Druga część "13 zaklęć" to oczywiście kontynuacja przygód Tanji, Fabiana i Red. Młodzi bohaterowie muszą się zmierzyć z nie lada wyzwaniem - mają odnaleźć 13 breloczków rozsypanych przez złośliwą wróżkę. Tylko dzięki temu Fabian odzyska ojca, który utknął w równoległym królestwie wróżek. A mimo przyjemnej nazwy nie jest to miejsce, w którym chciałoby się przebywać dłużej niż minuta.
Nie będę opisywała przygód nastolatków, bo książki są po to, by je czytać. Jednak te powieści na pewno są w pewien sposób wartościowe. Jest tu walka dobra ze złem. Można obserwować zawiązywanie się przyjaźni. W ciekawy sposób została też ujęta problematyka relacji między dorosłymi a dziećmi. Poza tym podobało mi się to, że nic w tych książkach nie jest jednoznaczne, czarno-białe. Młodzi czytelnicy widzą, że w życiu nic nie jest czarno-białe. Nie mówiąc już o tym, że te książki pokazują, że nie trzeba być dzieckiem, by wierzyć w magię. Jakkolwiek pojętą.
Podczas czytania belfersko pomyślałam, że takie książki spokojnie mogłyby być lekturami szkolnymi. Nie zanudziłyby uczniów, a byłoby co omawiać.
Jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od szarej, przytłaczającej może rzeczywistości, polecam te powieści. W bardzo szybkim tempie zabierają czytelnika w świat wróżek, magii, przyjaźni i miłości.
26 marca 2012
Odkurzanie
Po niemal roku przerwy postanowiłam wrócić do pisania na polskowieniu. Już nie dla uczniów - może kiedyś...? Niedawno pewna osoba zwróciła uwagę, że tyle czytam, oglądam trochę filmów, więc dlaczego nie dzielić się tym z innymi?
Jest jeszcze jeden powód - zbyt długo oszczędzałam słowa. Czas się wypisać. Rzekłabym, że troszkę zBiałoszewszczałam, ale nie chcę się porównywać do Mistrza.
A jeśli już o nim mowa. Moją główną lekturą od dwóch tygodni jest "Tajny dziennik" Białoszewskiego. Póki co wgryzam się - tak to już z tym autorem jest. Trzeba się wgryźć. I oniemieć.
Na pewno i o nim napiszę. Póki co odkurzam z pajęczyn polskowienie. I mrowienie palców. I dusza polonistyczna na wskroś przestępuje z nogi na nogę, bo doczekać się nie może.
Jest jeszcze jeden powód - zbyt długo oszczędzałam słowa. Czas się wypisać. Rzekłabym, że troszkę zBiałoszewszczałam, ale nie chcę się porównywać do Mistrza.
A jeśli już o nim mowa. Moją główną lekturą od dwóch tygodni jest "Tajny dziennik" Białoszewskiego. Póki co wgryzam się - tak to już z tym autorem jest. Trzeba się wgryźć. I oniemieć.
Na pewno i o nim napiszę. Póki co odkurzam z pajęczyn polskowienie. I mrowienie palców. I dusza polonistyczna na wskroś przestępuje z nogi na nogę, bo doczekać się nie może.
Subskrybuj:
Posty (Atom)