(Nie)moim, drogim trzecioklasistom życzę powodzenia na zbliżających się egzaminach.
Trzymam za Was kciuki! :)
Ważne informacje i terminy
10 kwietnia 2011
21 marca 2011
O piątkowym "Czarnym Czwartku"
Dzień dobry, Czytacze.
Zastanawiam się czy moi byli uczniowie byli już na "Czarnym Czwartku". Mam nadzieję, że tak. Myślę, że to główny cel kinowy wielu szkół. I ja w końcu znalazłam czas i obejrzałam film.
Po seansie poszukałam kilku recenzji i jak zwykle zdania są podzielone. Jednym z zarzutów jest wielość obrazów i potraktowanie historii grudnia 1970 roku zbyt pobieżnie, jest też głos, że wątki te rozjeżdżają się, nie współgrają. Dla mnie ta wielość to pozytyw, to kalejdoskop tamtych wydarzeń. Mam też wrażenie jakby te różne, często urywane, historie oddawały atmosferę tamtych chwil.
Krauze przedstawił znany historycznie czas w trzech wątkach. Pierwszym jest los rodziny Drywów, drugim szczegółowe sceny rozruchów w Gdyni, a trzeci dotyczy rozmów ówczesnych polityków.
Nie chcę się rozpisywać o wspomnianych wątkach - inni za mnie to zrobili.
Czy udało się zachować dystans? Nie wiem czy to było zamierzeniem reżysera.Są sceny ukazujące uczucia, człowieczeństwo przedstawicieli władzy. Nie ma jednoznacznego podziału na dobrych i złych, choć oczywiście trudno tu mówić o pokazaniu dobrych ZOMO. Ale moim zdaniem nie o to tu chodzi. Ten film powinien poruszyć, wstrząsnąć i zmusić do refleksji.
Gdy odwiedzam groby bliskich mijam pewien pomnik, na którym są wyryte słowa zapadające w pamięć. Brzmią mniej więcej: "Polak został zabity przez Polaka".
To grób z roku 1970. I zawsze mną wstrząsa. Tak jak poraził mnie film. Poszerzył pole widzenia, wyjaśnił pewne sprawy, ukazał rzeczy, o których nie miałam pojęcia (i wstyd mi, że nie miałam). Dodatkowo film został wzbogacony o archiwalne ujęcia grudnia 1970r.
Sceny rozruchów w Gdyni, helikoptery, przemoc - przecież tak było. Dlaczego z tego rezygnować, jeśli nie jest tandetne? Poza tym uważam, że brutalizm, wulgaryzmy w "Czarnym Czwartku" bronią się i są potrzebne. Podobnie z krzyżem, wyniesionym z kościoła i położonym na zamordowanym, czy z zakrwawioną flagą. Tych symboli Krauze użył z wyczuciem i są na miejscu.
Myślę, że taki sposób prezentowania wywrze większe wrażenie na młodych. Pobudzi do refleksji. A o to przecież chodzi - by nie zapominać o naszej historii. By pamiętać, bo jest częścią tożsamości każdego Polaka. Nie mam na myśli martyrologii, bo do niczego dobrego nie doprowadziła.
Do tej pamięci nawiązuje, moim zdaniem, ostatnie zbliżenie na współczesną Gdynię Stocznię. To miejsce wciąż istnieje i wielu z nas mija je idąc do pracy, szkoły.
Na koniec zostawiam utwór "Balladę o Janku Wiśniewskim" w wykonaniu Kazika i jestem ciekawa Waszych, Czytacze, opinii o filmie.
Zastanawiam się czy moi byli uczniowie byli już na "Czarnym Czwartku". Mam nadzieję, że tak. Myślę, że to główny cel kinowy wielu szkół. I ja w końcu znalazłam czas i obejrzałam film.
Po seansie poszukałam kilku recenzji i jak zwykle zdania są podzielone. Jednym z zarzutów jest wielość obrazów i potraktowanie historii grudnia 1970 roku zbyt pobieżnie, jest też głos, że wątki te rozjeżdżają się, nie współgrają. Dla mnie ta wielość to pozytyw, to kalejdoskop tamtych wydarzeń. Mam też wrażenie jakby te różne, często urywane, historie oddawały atmosferę tamtych chwil.
Krauze przedstawił znany historycznie czas w trzech wątkach. Pierwszym jest los rodziny Drywów, drugim szczegółowe sceny rozruchów w Gdyni, a trzeci dotyczy rozmów ówczesnych polityków.
Nie chcę się rozpisywać o wspomnianych wątkach - inni za mnie to zrobili.
Czy udało się zachować dystans? Nie wiem czy to było zamierzeniem reżysera.Są sceny ukazujące uczucia, człowieczeństwo przedstawicieli władzy. Nie ma jednoznacznego podziału na dobrych i złych, choć oczywiście trudno tu mówić o pokazaniu dobrych ZOMO. Ale moim zdaniem nie o to tu chodzi. Ten film powinien poruszyć, wstrząsnąć i zmusić do refleksji.
Gdy odwiedzam groby bliskich mijam pewien pomnik, na którym są wyryte słowa zapadające w pamięć. Brzmią mniej więcej: "Polak został zabity przez Polaka".
To grób z roku 1970. I zawsze mną wstrząsa. Tak jak poraził mnie film. Poszerzył pole widzenia, wyjaśnił pewne sprawy, ukazał rzeczy, o których nie miałam pojęcia (i wstyd mi, że nie miałam). Dodatkowo film został wzbogacony o archiwalne ujęcia grudnia 1970r.
Sceny rozruchów w Gdyni, helikoptery, przemoc - przecież tak było. Dlaczego z tego rezygnować, jeśli nie jest tandetne? Poza tym uważam, że brutalizm, wulgaryzmy w "Czarnym Czwartku" bronią się i są potrzebne. Podobnie z krzyżem, wyniesionym z kościoła i położonym na zamordowanym, czy z zakrwawioną flagą. Tych symboli Krauze użył z wyczuciem i są na miejscu.
Myślę, że taki sposób prezentowania wywrze większe wrażenie na młodych. Pobudzi do refleksji. A o to przecież chodzi - by nie zapominać o naszej historii. By pamiętać, bo jest częścią tożsamości każdego Polaka. Nie mam na myśli martyrologii, bo do niczego dobrego nie doprowadziła.
Do tej pamięci nawiązuje, moim zdaniem, ostatnie zbliżenie na współczesną Gdynię Stocznię. To miejsce wciąż istnieje i wielu z nas mija je idąc do pracy, szkoły.
Na koniec zostawiam utwór "Balladę o Janku Wiśniewskim" w wykonaniu Kazika i jestem ciekawa Waszych, Czytacze, opinii o filmie.
13 marca 2011
Nowocześni autorzy, czyli po co nam dziś literatura?
Niedawno byłam w księgarni. I nie jest to nic nadzwyczajnego - w księgarniach bywam często (może czasem za często). Zaskoczyła mnie wielość książek osób, które pisarzami nazywać się na pewno nie powinny. Nie moją rzeczą jest teraz osądzać tych ludzi czy wymieniać nazwiska. Rzecz w tym, że zaczęłam się zastanawiać: co my teraz czytamy? Po co nam literatura? Po jakie książki chętniej sięgamy, a po jakie w ogóle?
Z ostatnich informacji wynika, że z czytelnictwem jest w Polsce bardzo źle (nad czym ubolewam). Cóż więc czytacie aktualnie, drodzy Czytacze?
Ja przyznam, że ostatnio nie pochłaniam książek jak dawniej. Cierpię z tego powodu, ale niestety czas nie pozwala na dłuższe lektury. Czytam i owszem, z tym że dużo wolniej niż normalnie.
Niedawno dostałam w prezencie książkę autorstwa Nataschy Kampusch, a zatytułowaną "3096 dni". Nawiązując do wstępu tego posta wymieniona wyżej, według mnie, nie jest pisarką. Udowadnia ponadto, że w dzisiejszym świecie pisać i wydawać książki może każdy. Niemniej treść tych wspomnień jest interesująca. W tym przypadku nieważny jest artyzm, język, ale opisane przeżycia, wspomnienia. I tak postanowiłam potraktować "3096 dni".
Autorka opowiada o czasie niewoli, przedstawiając jednocześnie mechanizmy samoobronne, jakie włączają się w człowieku w podobnych sytuacjach. Prawdziwie ukazuje też skomplikowaną więź jaka zaczyna tworzyć się między ofiarą a katem. Wiem, że tę dziewczynę krytykowano za to, że zżyła się ze swoim oprawcą, że broniła go już po uwolnieniu. Myślę, że ta książka tłumaczy jej zachowanie (jej i wielu innych ofiar będących w podobnych sytuacjach). Kampusch udowadnia, że nic nigdy nie jest tylko dobre i tylko złe. Są sytuacje, w których nie możemy jednoznacznie czegoś lub kogoś ocenić.
Zaskoczył mnie na pewno dystans, z jakim autorka opisuje sytuacje sprzed lat. Z tych stron bije dojrzałość i pewnego rodzaju mądrość.
Literatura to pojęcie szerokie i na pewno w swoje szeregi wlicza również książkę Kampusch, po którą warto sięgnąć. I na koniec - może czasem warto spojrzeć na literaturę oraz na to co nam proponuje niejednoznacznie.
Może nowocześni autorzy to wstęp do nowego gatunku w literaturze? A przecież to zadaniem czytelnika jest odsiać ziarno od plew...
Z ostatnich informacji wynika, że z czytelnictwem jest w Polsce bardzo źle (nad czym ubolewam). Cóż więc czytacie aktualnie, drodzy Czytacze?
Ja przyznam, że ostatnio nie pochłaniam książek jak dawniej. Cierpię z tego powodu, ale niestety czas nie pozwala na dłuższe lektury. Czytam i owszem, z tym że dużo wolniej niż normalnie.
Niedawno dostałam w prezencie książkę autorstwa Nataschy Kampusch, a zatytułowaną "3096 dni". Nawiązując do wstępu tego posta wymieniona wyżej, według mnie, nie jest pisarką. Udowadnia ponadto, że w dzisiejszym świecie pisać i wydawać książki może każdy. Niemniej treść tych wspomnień jest interesująca. W tym przypadku nieważny jest artyzm, język, ale opisane przeżycia, wspomnienia. I tak postanowiłam potraktować "3096 dni".
Autorka opowiada o czasie niewoli, przedstawiając jednocześnie mechanizmy samoobronne, jakie włączają się w człowieku w podobnych sytuacjach. Prawdziwie ukazuje też skomplikowaną więź jaka zaczyna tworzyć się między ofiarą a katem. Wiem, że tę dziewczynę krytykowano za to, że zżyła się ze swoim oprawcą, że broniła go już po uwolnieniu. Myślę, że ta książka tłumaczy jej zachowanie (jej i wielu innych ofiar będących w podobnych sytuacjach). Kampusch udowadnia, że nic nigdy nie jest tylko dobre i tylko złe. Są sytuacje, w których nie możemy jednoznacznie czegoś lub kogoś ocenić.
Zaskoczył mnie na pewno dystans, z jakim autorka opisuje sytuacje sprzed lat. Z tych stron bije dojrzałość i pewnego rodzaju mądrość.
Literatura to pojęcie szerokie i na pewno w swoje szeregi wlicza również książkę Kampusch, po którą warto sięgnąć. I na koniec - może czasem warto spojrzeć na literaturę oraz na to co nam proponuje niejednoznacznie.
Może nowocześni autorzy to wstęp do nowego gatunku w literaturze? A przecież to zadaniem czytelnika jest odsiać ziarno od plew...
6 stycznia 2011
O Espinosie, czyli jak pokazać przestrzeń choroby
Witam, Czytacze.
Wczoraj obejrzałam film. Pisząc to, zastanawiam się jakie określenia mogą do niego pasować, ale chyba takich nie znajdę.
Tytuł polski: "4.piętro", na podstawie dramatu Alberta Espinosy.
Jest to opowieść o życiu chłopców na czwartym piętrze jednego z hiszpańskich szpitali. Walczą z rakiem. Na śmierć i życie. Głównymi bohaterami są Izan, Miguel Angel, Dani. Pojawia się również Jorge, który czeka na wyrok. Przez chwilę chłopcom towarzyszy Ogórek, który niestety przegrywa swoją wojnę...
Cały film to chwila z życia wspomnianych bohaterów. Zarówno Miguel Angel, Izan jak i Dani nie mają jednej nogi. Szpitalne korytarze przemierzają na wózkach. Cała trójka nosi bransoletki po operacjach - łupy wojenne.
Bohaterowie mają po około 14,15 lat i zachowują się jak zwyczajni nastolatkowie. Różnicą jest przestrzeń, w jakiej zmuszeni są przebywać i doświadczenia życiowe, jakim zostali obdzieleni przez niesprawiedliwy los. Ekscytujące dla chłopców są nocne wyprawy korytarzami. Odwiedzają przy tym przyjaciela w magazynach - pracownika szpitala, który urządza im koncerty, a na koniec przygotowuje niespodziankę i zaprasza zespół, za którym chłopcy przepadają. Marzą o modelce i wyczekują jej na dziedzińcu szpitala. Grają w kosza i przygotowują się do ważnego meczu z pacjentami innego szpitala.
Oprócz wspólnych przeżyć mają swoje własne historie. Izan martwi się losem "nowego" - Jorge. Utożsamia się z nim, widzi w tym chłopcu siebie sprzed pierwszej operacji. Pragnie mu pomóc przejść przez ciężki czas oczekiwania wyników biopsji. Miguel Angel ubiera pancerz i często atakuje innych. Boi się odrzucenia - oprócz piętna choroby, nosi los chłopca z rozbitej rodziny. Odmawia spotkania się z ojcem, nie podchodzi nawet do telefonu. Łącznikiem między rodzicem a dzieckiem jest pomocny Izan. Dani z kolei przeżywa swoją pierwszą miłość - bo kto powiedział, że przestrzeń choroby uniemożliwia prawdziwe doznanie życia? Podczas jednej z wycieczek poznaje dziewczynę z oddziału psychiatrycznego - anorektyczkę. Początkowa przyjaźń przeradza się w pierwszą miłość, którą wzmacnia zawarcie paktu: "Ja poddam się chemii, jeśli ty będziesz jadła".
Słowa opisujące film nie oddają piękna tego obrazu. Podczas oglądania moje myśli powędrowały do książki Schmitta zatytułowanej "Oskar i pani Róża". Historia chorego na raka chłopca, który dzięki pani Róży oswaja swoją śmierć na tyle, na ile to możliwe. I tak jak bohaterowie filmu przeżywa każdy dzień najpełniej jak się da - mimo, że też w przestrzeni szpitala. Pomyślałam też, że "4. piętro" powinni oglądać uczniowie na godzinie wychowawczej - jeśli nie na j. polskim. A "Oskar i pani Róża" powinna być traktowana jako lektura w gimnazum. Wczoraj wiele chwil po obejrzeniu filmu sięgnęłam po książeczkę (bo objętościowo to krótki utwór) Schmitta.
Przy tego typu dziełach uderza mnie oswajanie śmierci i tego co się dzieje z bohaterami tuż przed. Oswajaniem jest mówienie o tym, ale też stosowanie szczególnego słownictwa. W filmie bohaterowie byli nazywani "łysolkami". Dawało to przewagę nad okrucieństwem losu. Chłopcy mówili: "Nie jesteśmy kalekami, a karatekami!".
Oskar tuż przed śmiercią pisze takie słowa o życiu:
"Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć." [Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, przekł. Barbara Grzegorzewska, Wyd. Znak, Kraków 2007, s. 74]
Jeśli miałabym określić "4. piętro", czy wspomnianą książkę "Oskar i pani Róża", to powiedziałabym, że takie utwory zostawiają we mnie ciszę. Po obejrzeniu, przeczytaniu jest we mnie cisza.
Na koniec więc Wam, Czytacze z przestrzeni zdrowia, doświadczenia takiej ciszy życzę.
Wczoraj obejrzałam film. Pisząc to, zastanawiam się jakie określenia mogą do niego pasować, ale chyba takich nie znajdę.
Tytuł polski: "4.piętro", na podstawie dramatu Alberta Espinosy.
Jest to opowieść o życiu chłopców na czwartym piętrze jednego z hiszpańskich szpitali. Walczą z rakiem. Na śmierć i życie. Głównymi bohaterami są Izan, Miguel Angel, Dani. Pojawia się również Jorge, który czeka na wyrok. Przez chwilę chłopcom towarzyszy Ogórek, który niestety przegrywa swoją wojnę...
Cały film to chwila z życia wspomnianych bohaterów. Zarówno Miguel Angel, Izan jak i Dani nie mają jednej nogi. Szpitalne korytarze przemierzają na wózkach. Cała trójka nosi bransoletki po operacjach - łupy wojenne.
Bohaterowie mają po około 14,15 lat i zachowują się jak zwyczajni nastolatkowie. Różnicą jest przestrzeń, w jakiej zmuszeni są przebywać i doświadczenia życiowe, jakim zostali obdzieleni przez niesprawiedliwy los. Ekscytujące dla chłopców są nocne wyprawy korytarzami. Odwiedzają przy tym przyjaciela w magazynach - pracownika szpitala, który urządza im koncerty, a na koniec przygotowuje niespodziankę i zaprasza zespół, za którym chłopcy przepadają. Marzą o modelce i wyczekują jej na dziedzińcu szpitala. Grają w kosza i przygotowują się do ważnego meczu z pacjentami innego szpitala.
Oprócz wspólnych przeżyć mają swoje własne historie. Izan martwi się losem "nowego" - Jorge. Utożsamia się z nim, widzi w tym chłopcu siebie sprzed pierwszej operacji. Pragnie mu pomóc przejść przez ciężki czas oczekiwania wyników biopsji. Miguel Angel ubiera pancerz i często atakuje innych. Boi się odrzucenia - oprócz piętna choroby, nosi los chłopca z rozbitej rodziny. Odmawia spotkania się z ojcem, nie podchodzi nawet do telefonu. Łącznikiem między rodzicem a dzieckiem jest pomocny Izan. Dani z kolei przeżywa swoją pierwszą miłość - bo kto powiedział, że przestrzeń choroby uniemożliwia prawdziwe doznanie życia? Podczas jednej z wycieczek poznaje dziewczynę z oddziału psychiatrycznego - anorektyczkę. Początkowa przyjaźń przeradza się w pierwszą miłość, którą wzmacnia zawarcie paktu: "Ja poddam się chemii, jeśli ty będziesz jadła".
Słowa opisujące film nie oddają piękna tego obrazu. Podczas oglądania moje myśli powędrowały do książki Schmitta zatytułowanej "Oskar i pani Róża". Historia chorego na raka chłopca, który dzięki pani Róży oswaja swoją śmierć na tyle, na ile to możliwe. I tak jak bohaterowie filmu przeżywa każdy dzień najpełniej jak się da - mimo, że też w przestrzeni szpitala. Pomyślałam też, że "4. piętro" powinni oglądać uczniowie na godzinie wychowawczej - jeśli nie na j. polskim. A "Oskar i pani Róża" powinna być traktowana jako lektura w gimnazum. Wczoraj wiele chwil po obejrzeniu filmu sięgnęłam po książeczkę (bo objętościowo to krótki utwór) Schmitta.
Przy tego typu dziełach uderza mnie oswajanie śmierci i tego co się dzieje z bohaterami tuż przed. Oswajaniem jest mówienie o tym, ale też stosowanie szczególnego słownictwa. W filmie bohaterowie byli nazywani "łysolkami". Dawało to przewagę nad okrucieństwem losu. Chłopcy mówili: "Nie jesteśmy kalekami, a karatekami!".
Oskar tuż przed śmiercią pisze takie słowa o życiu:
"Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć." [Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, przekł. Barbara Grzegorzewska, Wyd. Znak, Kraków 2007, s. 74]
Jeśli miałabym określić "4. piętro", czy wspomnianą książkę "Oskar i pani Róża", to powiedziałabym, że takie utwory zostawiają we mnie ciszę. Po obejrzeniu, przeczytaniu jest we mnie cisza.
Na koniec więc Wam, Czytacze z przestrzeni zdrowia, doświadczenia takiej ciszy życzę.
21 grudnia 2010
Czy jestem taki jak Scrooge? Świąteczne refleksje
Dobry wieczór.
Jutro ostatni dzień szkoły w tym roku! ;) Uczniowie się cieszą, a i nauczyciele pewnie też są zadowoleni. Wszyscy odpoczną! :)
Dziś świąteczno-refleksyjny post. Na lekcjach rozmawiałam między innymi o "Piątym talerzu", z klasą czwartą o świętym Mikołaju na podstawie tekstów Jana Twardowskiego. Ale niedawno omówiłam "Opowieść wigilijną" i mam dla czytających niespodziankę. Co prawda w języku angielskim, ale moim zdaniem jest prześmieszna!
Zanim jednak poproszę Was o oglądnięcie, popiszę tu o wspomnianym opowiadaniu, a konkretniej o przemianie bohatera. Scrooge bowiem za sprawą ducha Marleya ze zgorzkniałego, samotnego, chciwego i skąpego człowieka zmienia się w bohatera pozytywnego. Staje się wrażliwym, sympatycznym, współczującym i pomagającym ludziom mężczyzną. Nie chcę jednak Wam tu opisywać skutków przemiany. Nie chcę szukać przyczyn, dlaczego bohater był tak zgorzkniały i nienawidził wręcz Bożego Narodzenia.
Pomyślałam, że wokół nas jest wielu takich Scgrooge'owych ludzi. Może w każdym z nas jest coś ze Scgrooge'a. Może (powtórzenie celowe) święta to najlepszy moment na refleksję, zatrzymanie się i zastanowienie - jakim człowiekiem jestem?
Terakowska w "Piątym talerzu" pisze, że zdała swój test na człowieczeństwo na trójkę. Oczywiście odnosi to do sytuacji z jednej wigilii i konkretnego wydarzenia związanego z tradycją pustego talerza.
W te święta zastanów się Czytaczu, jak Ty zdajesz swój test na człowieczeństwo? Zdaję sobie sprawę, że jeśli czytają to młodzi (uczniowie - moi byli i z innych szkół) przewrócą oczami i powiedzą: "Ale nudzi". Z Waszej perspektywy bardzo prawdopodobne, że tak to odbierzecie (cytując pewnego ucznia: ja też kiedyś byłam młoda ;)). Jednak od najmłodszych lat uczymy się życzliwości i zrozumienia. Jeśli teraz nie będziecie dobrzy dla siebie i dla innych, później będzie Wam trudniej. Myślę, że za przykład może tu nam posłużyć Scrooge. Osamotniony wpadł w zaklęte koło napędzające zgorzkniałość, niechęć, chciwość. On miał szansę na zmiany. A co z nami? Kto nas zatrzyma, powstrzyma, pokieruje?
W nadchodzący świąteczny czas życzę Wam wielu dobrych ludzi wokół. I byście Wy, drodzy Czytacze, emanowali dobrem i ciepłem. Wtedy wszystko inne stanie się bardziej znośne.
Zapowiedziana niespodzianka ;)
Dobrej nocy!
Jutro ostatni dzień szkoły w tym roku! ;) Uczniowie się cieszą, a i nauczyciele pewnie też są zadowoleni. Wszyscy odpoczną! :)
Dziś świąteczno-refleksyjny post. Na lekcjach rozmawiałam między innymi o "Piątym talerzu", z klasą czwartą o świętym Mikołaju na podstawie tekstów Jana Twardowskiego. Ale niedawno omówiłam "Opowieść wigilijną" i mam dla czytających niespodziankę. Co prawda w języku angielskim, ale moim zdaniem jest prześmieszna!
Zanim jednak poproszę Was o oglądnięcie, popiszę tu o wspomnianym opowiadaniu, a konkretniej o przemianie bohatera. Scrooge bowiem za sprawą ducha Marleya ze zgorzkniałego, samotnego, chciwego i skąpego człowieka zmienia się w bohatera pozytywnego. Staje się wrażliwym, sympatycznym, współczującym i pomagającym ludziom mężczyzną. Nie chcę jednak Wam tu opisywać skutków przemiany. Nie chcę szukać przyczyn, dlaczego bohater był tak zgorzkniały i nienawidził wręcz Bożego Narodzenia.
Pomyślałam, że wokół nas jest wielu takich Scgrooge'owych ludzi. Może w każdym z nas jest coś ze Scgrooge'a. Może (powtórzenie celowe) święta to najlepszy moment na refleksję, zatrzymanie się i zastanowienie - jakim człowiekiem jestem?
Terakowska w "Piątym talerzu" pisze, że zdała swój test na człowieczeństwo na trójkę. Oczywiście odnosi to do sytuacji z jednej wigilii i konkretnego wydarzenia związanego z tradycją pustego talerza.
W te święta zastanów się Czytaczu, jak Ty zdajesz swój test na człowieczeństwo? Zdaję sobie sprawę, że jeśli czytają to młodzi (uczniowie - moi byli i z innych szkół) przewrócą oczami i powiedzą: "Ale nudzi". Z Waszej perspektywy bardzo prawdopodobne, że tak to odbierzecie (cytując pewnego ucznia: ja też kiedyś byłam młoda ;)). Jednak od najmłodszych lat uczymy się życzliwości i zrozumienia. Jeśli teraz nie będziecie dobrzy dla siebie i dla innych, później będzie Wam trudniej. Myślę, że za przykład może tu nam posłużyć Scrooge. Osamotniony wpadł w zaklęte koło napędzające zgorzkniałość, niechęć, chciwość. On miał szansę na zmiany. A co z nami? Kto nas zatrzyma, powstrzyma, pokieruje?
W nadchodzący świąteczny czas życzę Wam wielu dobrych ludzi wokół. I byście Wy, drodzy Czytacze, emanowali dobrem i ciepłem. Wtedy wszystko inne stanie się bardziej znośne.
Zapowiedziana niespodzianka ;)
Dobrej nocy!
7 grudnia 2010
O Białoszewskiego "Pamiętniku z powstania warszawskiego"
Dobry wieczór.
Pozytywem lub negatywem rozwoju techniki jest internet i możliwość kontaktu z byłymi uczniami ;) Widziałam, że uczniowie obecnej klasy trzeciej zmagają się z Białoszewskim. Postanowiłam więc napisać kilka słów. Nie wiem, czy Was przekonam do spojrzenia na tę lekturę przyjaźniejszym wzrokiem (o ile tu zaglądacie oczywiście:)).
Wspomniany "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest jedną z ważniejszych lektur, która w pewien sposób przybliża nam wydarzenia czasu II wojny światowej. Przyznam szczerze, że w Waszym wieku również miałam problem z tą lekturą (może nieco inny, bo ja uwielbiałam czytać :)) Tak się składa, że całkiem niedawno sięgnęłam po tę książkę ponownie i znowu mnie zaskoczyła rola czasu, która wpływa znacząco na odbiór czytanego tekstu.
Po co w ogóle Białoszewski napisał "Pamiętnik..."? Musicie wiedzieć, że tuż po wojnie wciąż trwały dyskusje na temat słuszności powstania warszawskiego. Głos Białoszewskiego jednak nie jest próbą oceny. Porównałabym go do innego pisarza doświadczonego wojną - Tadeusza Borowskiego.
Autor "Pamiętnika..." pokazuje, że w tych okrutnych i trudnych do wyobrażenia czasach ludzie postępowali honorowo, ale czasem zmuszeni byli do czynów niekoniecznie moralnych.
Co ciekawe, to pisarz wspomnienia spisał dwadzieścia trzy lata po zakończeniu wojny! A to dało dystans czasowy.
Wiem, że niektórym bardzo trudno czyta się "Pamiętnik...". Dlaczego? Sprawia to warstwa językowa tak bardzo Mironowa! Krótkie, urywane zdania. Często pojedyncze słowa oraz wyrazy dźwiękonaśladowcze. Tak bardzo charakterystyczne dla wierszy Białoszewskiego i tu, w utworze prozatorskim, znalazły zastosowanie. Myślę, że miało to przybliżyć czytelnikowi tamtą atmosferę jak najlepiej się da. I jeśli przebijemy się przez nasze ograniczenia, to dostrzeżemy sens w takim budowaniu całego "Pamiętnika...".
Mnie zachwyca odtwarzanie wydarzeń, opisywanie szczegółów z godną pozazdroszczenia dokładnością. Ciekawie jest czytać przeżycia cywila, osoby, która patrzy z perspektywy zwykłego mieszkańca okupowanej Warszawy na wydarzenia z okresu powstania warszawskiego. To głos: my też tam byliśmy, my walczyliśmy o przetrwanie! Spójrzcie... w literaturze polskiej wiele mówi się o żołnierzach, a wcześniej i rycerzach walczących o wolność, niepodległość. W "Pamiętniku z powstania warszawskiego" macie do czynienia z głosem człowieka takiego jak ja, jak wy. Szarego, zwyczajnego, modlącego się o przeżycie.
Nie wiem czy Was przekonam do przeczytania tej lektury, do próby zrozumienia treści, które zawiera. Mam nadzieję, że choć część pokona opór - jeśli nie w tym roku, to za kilka lat. To literacki dokument tamtych czasów, o których gdzieś tam trzeba pamiętać...
Zostawiam Was z utworem z "Oratorium" na podstawie "Pamiętnika z powstania warszawskiego". Zachęcam do przesłuchania, ale i sięgnięcia po inne utwory (tylko ten wykonuje AMJ :)).
Dobrej nocy.
Pozytywem lub negatywem rozwoju techniki jest internet i możliwość kontaktu z byłymi uczniami ;) Widziałam, że uczniowie obecnej klasy trzeciej zmagają się z Białoszewskim. Postanowiłam więc napisać kilka słów. Nie wiem, czy Was przekonam do spojrzenia na tę lekturę przyjaźniejszym wzrokiem (o ile tu zaglądacie oczywiście:)).
Wspomniany "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest jedną z ważniejszych lektur, która w pewien sposób przybliża nam wydarzenia czasu II wojny światowej. Przyznam szczerze, że w Waszym wieku również miałam problem z tą lekturą (może nieco inny, bo ja uwielbiałam czytać :)) Tak się składa, że całkiem niedawno sięgnęłam po tę książkę ponownie i znowu mnie zaskoczyła rola czasu, która wpływa znacząco na odbiór czytanego tekstu.
Po co w ogóle Białoszewski napisał "Pamiętnik..."? Musicie wiedzieć, że tuż po wojnie wciąż trwały dyskusje na temat słuszności powstania warszawskiego. Głos Białoszewskiego jednak nie jest próbą oceny. Porównałabym go do innego pisarza doświadczonego wojną - Tadeusza Borowskiego.
Autor "Pamiętnika..." pokazuje, że w tych okrutnych i trudnych do wyobrażenia czasach ludzie postępowali honorowo, ale czasem zmuszeni byli do czynów niekoniecznie moralnych.
Co ciekawe, to pisarz wspomnienia spisał dwadzieścia trzy lata po zakończeniu wojny! A to dało dystans czasowy.
Wiem, że niektórym bardzo trudno czyta się "Pamiętnik...". Dlaczego? Sprawia to warstwa językowa tak bardzo Mironowa! Krótkie, urywane zdania. Często pojedyncze słowa oraz wyrazy dźwiękonaśladowcze. Tak bardzo charakterystyczne dla wierszy Białoszewskiego i tu, w utworze prozatorskim, znalazły zastosowanie. Myślę, że miało to przybliżyć czytelnikowi tamtą atmosferę jak najlepiej się da. I jeśli przebijemy się przez nasze ograniczenia, to dostrzeżemy sens w takim budowaniu całego "Pamiętnika...".
Mnie zachwyca odtwarzanie wydarzeń, opisywanie szczegółów z godną pozazdroszczenia dokładnością. Ciekawie jest czytać przeżycia cywila, osoby, która patrzy z perspektywy zwykłego mieszkańca okupowanej Warszawy na wydarzenia z okresu powstania warszawskiego. To głos: my też tam byliśmy, my walczyliśmy o przetrwanie! Spójrzcie... w literaturze polskiej wiele mówi się o żołnierzach, a wcześniej i rycerzach walczących o wolność, niepodległość. W "Pamiętniku z powstania warszawskiego" macie do czynienia z głosem człowieka takiego jak ja, jak wy. Szarego, zwyczajnego, modlącego się o przeżycie.
Nie wiem czy Was przekonam do przeczytania tej lektury, do próby zrozumienia treści, które zawiera. Mam nadzieję, że choć część pokona opór - jeśli nie w tym roku, to za kilka lat. To literacki dokument tamtych czasów, o których gdzieś tam trzeba pamiętać...
Zostawiam Was z utworem z "Oratorium" na podstawie "Pamiętnika z powstania warszawskiego". Zachęcam do przesłuchania, ale i sięgnięcia po inne utwory (tylko ten wykonuje AMJ :)).
Dobrej nocy.
14 listopada 2010
Poezjowanie
Dobry wieczór, Czytacze.
Obiecany post o Szymborskiej (a raczej jego powtórka) mam nadzieję, że się kiedyś pojawi..
Tymczasem dziś chciałabym o poezji słów kilka popełnić.
Za każdym razem, gdy omawiałam jakiś wiersz na lekcjach polskiego w gimnazjum, bałam się. Zwyczajnie i nadzwyczajnie. ;)
Dlaczego?
Uczniowie poezji nie lubią. Przypuszczalnie dlatego, że jej nie rozumieją. Język nie ich. Tematy często też nie takie jak trzeba. Ja również w wieku szkolnym nie przepadałam za poezją. Nie docierała do mnie. Nie rozumiałam jej. Mogę też chyba powiedzieć, że jej nie czułam.
Jako Wasz nauczyciel bałam się, że Was zniechęcę raczej niż zachęcę. I żałuję, że jestem jeszcze niedoświadczona, nieopierzona. Że poruszałam się i nadal poruszam trochę po omacku, niepewnie. Może za kilka lat będę zadowolona z lekcji o poezji. Chciałabym, ponieważ jeśli nauczycie się czuć wiersze, to odkryjecie inne światy. Odkryjecie, że często te utwory idealnie mogą wyrazić Was, Wasze aktualne uczucia, myśli, które tak trudno czasem ubrać w słowa.
Moje pierwsze prawdziwe spotkanie z poezją?
Będąc w siódmej klasie zostałam przed lekcją polskiego, na przerwie, w sali (sali, w której sama teraz nauczam:)). Na biurku nauczycielki leżał otwarty podręcznik, a w nim był wiersz. Już wtedy musiałam przeczytać wszystko co miało litery, ;) więc spojrzałam i... poraziło mnie.
Był to utwór Tadeusza Różewicza (poeta od tamtej pory jest moją wielką miłością poetycką), którym chciałabym się dziś z Wami podzielić.
Zapomnijcie o nas
o naszym pokoleniu
żyjcie jak ludzie
zapomnijcie o nas
my zazdrościliśmy
roślinom i kamieniom
zazdrościliśmy psom
chciałbym być szczurem
mówiłem wtedy do niej
chciałabym nie być
chciałabym zasnąć
i zbudzić się po wojnie
mówiła z zamkniętymi oczami
zapomnijcie o nas
nie pytajcie o naszą młodość
zostawcie nas
T. Różewicz, Zostawcie nas, w: tegoż, Poezja, t. II, Wrocław 2006.
Przyznam, że do dziś ten utwór mnie paraliżuje. Według mnie jest to jeden z najpiękniejszych i najmocniejszych wierszy mówiących o czasach wojny. Odwołujących się do podziału na "my" - widzący okrucieństwo wojny i "wy" - urodzeni "po".
Różewicz stworzył nowy, pod względem strukturalnym, wiersz. Wynikało to między innymi ze stawiania pytań: Jak pisać po wojnie? Czy w ogóle można pisać cokolwiek? Czy można kontynuować to co było przed?
Wiersz różewiczowski to ten utrzymany w konwencji wiersza wolnego, w którym odchodzi się od upiększeń. Wszystko sprowadza się do prozaizacji, uproszczenia języka.
Wracając jednak do przytoczonego utworu. Porusza mnie wyznanie podmiotu lirycznego. W imieniu swojego pokolenia prosi, by nie wracać do czasów ich młodości. Dlaczego? Bo tak naprawdę jej nie było. Bo czasy, w których przyszło żyć tym młodym ludziom, były pełne cierpienia, bólu, strachu, śmierci.
"My zazdrościliśmy roślinom i kamieniom", mówi mężczyzna. Kobieta dodaje: "chciałabym nie być". To co się powtarza i spaja jednocześnie wiersz, to "zostawcie nas", "zapomnijcie o nas". Nie pytajcie jak żyliśmy, jak przeżyliśmy. Nie chcemy o tym mówić. Dlaczego? Wspomnienia są zbyt bolesne, a ci którzy tego nie przeżyli nie zrozumieją.
Jednocześnie podmiot liryczny prosi "żyjcie jak ludzie". Skończyły się czasy niewyobrażalnego okrucieństwa i wy młodzi możecie żyć tak, jak my nie mogliśmy - zdaje się przez to mówić. Pokolenie czasu wojny nie mogło przecież żyć tak jakby chciało. Młodzieńcze marzenia, plany zabrała wojna.
Wiersz pochodzi z tomu z lat pięćdziesiątych. Zastanawiam się jak przeżyliśmy te lata. Czasem czytając ten utwór, zastanawiam się czy moja młodość, czy młodość moich znajomych, czy wreszcie młodość moich uczniów jest należycie przeżywana, wykorzystywana. Czy nie gubimy tego co ważne? Czy nie odpychamy pewnych wartości? Czy potrafimy docenić fakt, że tyle możemy dokonać, zrobić...
Z tym Was dziś zostawiam - "żyjcie jak ludzie".
Tylko co to znaczy: żyć jak człowiek?
Refleksyjnego wieczoru ;)
Obiecany post o Szymborskiej (a raczej jego powtórka) mam nadzieję, że się kiedyś pojawi..
Tymczasem dziś chciałabym o poezji słów kilka popełnić.
Za każdym razem, gdy omawiałam jakiś wiersz na lekcjach polskiego w gimnazjum, bałam się. Zwyczajnie i nadzwyczajnie. ;)
Dlaczego?
Uczniowie poezji nie lubią. Przypuszczalnie dlatego, że jej nie rozumieją. Język nie ich. Tematy często też nie takie jak trzeba. Ja również w wieku szkolnym nie przepadałam za poezją. Nie docierała do mnie. Nie rozumiałam jej. Mogę też chyba powiedzieć, że jej nie czułam.
Jako Wasz nauczyciel bałam się, że Was zniechęcę raczej niż zachęcę. I żałuję, że jestem jeszcze niedoświadczona, nieopierzona. Że poruszałam się i nadal poruszam trochę po omacku, niepewnie. Może za kilka lat będę zadowolona z lekcji o poezji. Chciałabym, ponieważ jeśli nauczycie się czuć wiersze, to odkryjecie inne światy. Odkryjecie, że często te utwory idealnie mogą wyrazić Was, Wasze aktualne uczucia, myśli, które tak trudno czasem ubrać w słowa.
Moje pierwsze prawdziwe spotkanie z poezją?
Będąc w siódmej klasie zostałam przed lekcją polskiego, na przerwie, w sali (sali, w której sama teraz nauczam:)). Na biurku nauczycielki leżał otwarty podręcznik, a w nim był wiersz. Już wtedy musiałam przeczytać wszystko co miało litery, ;) więc spojrzałam i... poraziło mnie.
Był to utwór Tadeusza Różewicza (poeta od tamtej pory jest moją wielką miłością poetycką), którym chciałabym się dziś z Wami podzielić.
Zapomnijcie o nas
o naszym pokoleniu
żyjcie jak ludzie
zapomnijcie o nas
my zazdrościliśmy
roślinom i kamieniom
zazdrościliśmy psom
chciałbym być szczurem
mówiłem wtedy do niej
chciałabym nie być
chciałabym zasnąć
i zbudzić się po wojnie
mówiła z zamkniętymi oczami
zapomnijcie o nas
nie pytajcie o naszą młodość
zostawcie nas
T. Różewicz, Zostawcie nas, w: tegoż, Poezja, t. II, Wrocław 2006.
Przyznam, że do dziś ten utwór mnie paraliżuje. Według mnie jest to jeden z najpiękniejszych i najmocniejszych wierszy mówiących o czasach wojny. Odwołujących się do podziału na "my" - widzący okrucieństwo wojny i "wy" - urodzeni "po".
Różewicz stworzył nowy, pod względem strukturalnym, wiersz. Wynikało to między innymi ze stawiania pytań: Jak pisać po wojnie? Czy w ogóle można pisać cokolwiek? Czy można kontynuować to co było przed?
Wiersz różewiczowski to ten utrzymany w konwencji wiersza wolnego, w którym odchodzi się od upiększeń. Wszystko sprowadza się do prozaizacji, uproszczenia języka.
Wracając jednak do przytoczonego utworu. Porusza mnie wyznanie podmiotu lirycznego. W imieniu swojego pokolenia prosi, by nie wracać do czasów ich młodości. Dlaczego? Bo tak naprawdę jej nie było. Bo czasy, w których przyszło żyć tym młodym ludziom, były pełne cierpienia, bólu, strachu, śmierci.
"My zazdrościliśmy roślinom i kamieniom", mówi mężczyzna. Kobieta dodaje: "chciałabym nie być". To co się powtarza i spaja jednocześnie wiersz, to "zostawcie nas", "zapomnijcie o nas". Nie pytajcie jak żyliśmy, jak przeżyliśmy. Nie chcemy o tym mówić. Dlaczego? Wspomnienia są zbyt bolesne, a ci którzy tego nie przeżyli nie zrozumieją.
Jednocześnie podmiot liryczny prosi "żyjcie jak ludzie". Skończyły się czasy niewyobrażalnego okrucieństwa i wy młodzi możecie żyć tak, jak my nie mogliśmy - zdaje się przez to mówić. Pokolenie czasu wojny nie mogło przecież żyć tak jakby chciało. Młodzieńcze marzenia, plany zabrała wojna.
Wiersz pochodzi z tomu z lat pięćdziesiątych. Zastanawiam się jak przeżyliśmy te lata. Czasem czytając ten utwór, zastanawiam się czy moja młodość, czy młodość moich znajomych, czy wreszcie młodość moich uczniów jest należycie przeżywana, wykorzystywana. Czy nie gubimy tego co ważne? Czy nie odpychamy pewnych wartości? Czy potrafimy docenić fakt, że tyle możemy dokonać, zrobić...
Z tym Was dziś zostawiam - "żyjcie jak ludzie".
Tylko co to znaczy: żyć jak człowiek?
Refleksyjnego wieczoru ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)